15 grudnia 2014

15 grudnia 2014

Z napisaniem postu o tym wyjeździe ciągle zwlekałam (aż 3 miesiące!). Myślałam długo, ale jakoś brakowało mi słów, aby opisać to miasto. Postanowiłam więc, że najlepiej będzie, jeśli po prostu Wam je pokażę :) Parę słów na jego temat znajdziecie na dole, pod zdjęciami.


Sztokholm, 25-29.09.2014



































Trochę informacji:
  • W Sztokholmie nie istnieje coś takiego jak zniżka studencka. Wszelkie ulgi dotyczą osób do 19-20 roku życia, jeśli masz więcej - za wszystko płacisz pełną sumę. Niestety. Dlatego najlepiej zwiedzać Sztokholm przed 19 lub po 65 roku życia :P
  • W Szwecji jest tanio! Ok, tanio to może za dużo powiedziane, ale nie jest tak kosmicznie jak w Norwegii, a głównie z tym krajem Szwecję się porównuje. Ceny są podobne do tych na zachodzie Europy - trochę boli, ale ostatecznie człowieka stać, żeby sobie kupić coś do jedzenia i pocztówki dla znajomych.
  • Sztokholm to pierwsze miasto, w jakim faktycznie bez problemu znalazłam darmowe mapy. Są wszędzie - na lotniskach, w centrum. Nie trzeba kupować przed przyjazdem :)
  • Komunikacja miejska jest okropnie droga. Jeden bilet na metro kosztuje 36 SEK, czyli 18 zł. Zniżek nie ma, można co najwyżej kupić bilet dobowy, ale nam się to nie opłacało. Na szczęście centrum miasta nie jest zbyt rozległe i wszędzie da się dojść na piechotę.
  • Sztokholm jest bardzo podobny do Rygi - zarówno jeśli chodzi o panoramę, jak i stare miasto. Jak deja vu!
  • Koszt wyjazdu (3 noclegi, samolot, dojazd z lotniska, komunikacja miejska, bilety wstępu, drobne wydatki): 300-350 zł.
  • Szwedzki jest najpiękniejszym językiem na świecie! :)

7 grudnia 2014

7 grudnia 2014


Są takie momenty, do których szczególnie lubię wracać. Może dlatego, że mam świadomość, iż każdy wyjazd jest niepowtarzalny i kolejna podróż z pewnością będzie inna od poprzedniej. Niekoniecznie lepsza czy gorsza - po prostu inna.

Fajnie jest po wielu miesiącach wspominać te wszystkie chwile, które były w jakiś sposób szczególne, osoby, które się spotkało, miejsca, które odwiedziło i to, co udało się osiągnąć tym razem. Fajnie jest przypomnieć sobie, jak stało się na najsławniejszym w Amsterdamie moście z wielkim plecakiem i próbując zorientować mapę, jak w jeden dzień zeszło się na piechotę całą Brukselę, bo szkoda było kasy na bilety i jak zostało się wyrzuconym przez kierowcę na środku autostrady, po czym spełniło się jedno z autostopowych marzeń i złapało wielkiego campera (tak zwany dom na kółkach). Fajnie jest siąść któregoś zimowego wieczoru, powspominać i powiedzieć sobie: to był dobry wyjazd... :)

Przychodzę więc dziś z dwoma filmami, których jeszcze tutaj nie publikowałam, a które stanowią najlepszą pamiątkę z fantastycznego wyjazdu, jakim była tegoroczna Majówka. Mogę oglądać te filmy bez przerwy, bo zawsze wywołują u mnie wielki uśmiech, dodają niesamowitej energii i sprawiają, że mam ochotę teraz, zaraz rzucić wszystko i gdzieś wyjechać :)

Zapraszam więc do obejrzenia dwóch krótkich relacji z naszej majowej wyprawy, w czasie której pokonaliśmy prawie 3000 km, zwiedziliśmy trzy europejskie miasta i w pięknym stylu wróciliśmy autostopem z Brukseli do Lublina w 23 godziny. Jest co wspominać!

Film mój:

 

Film Moniki:


Przypomniałam sobie przy okazji, że nie wstawiłam tu relacji z pobytu w Brukseli. Koniecznie muszę to nadrobić, bo to fantastyczne miasto!

A tymczasem kolejny wyjazd jest już w planach. Chcę go w tym momencie tak bardzo, że już odliczam dni. A zostało ich już nie tak wiele :) Z tego wyjazdu zapewne również powstanie film, bo stwierdzam, że takie nagrania biją na głowę wszystkie pamiątki.


Pozdrawiam,
Klaudia

4 grudnia 2014

4 grudnia 2014

Couchsurfing.org to witryna, bez której po prostu nie wyobrażam sobie podróżowania. W dużym skrócie, strona ta pozwala znaleźć darmowy nocleg u prywatnych osób w niemalże dowolnym miejscu na świecie, a także poznać miejscowych ludzi oraz ich kulturę "od kuchni".

Pojawią się zaraz pytania: ale jak to? Tak zupełnie za darmo? Ale jaki ktoś ma w tym interes? Czy to bezpieczne?

Wątpliwości jest wiele, ale zarówno idea, jak i funkcjonowanie serwisu są naprawdę świetne. Sama korzystałam z CS mnóstwo razy i nie wyobrażam sobie podróżowania w inny sposób. Dlatego też postanowiłam poświęcić mu oddzielny post, rozwiać wszelkie związane z nim wątpliwości i wyjasnić, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi :)

Na początku chciałabym zdementować plotkę, z jaką od czasu do czasu się spotykam: 
Couchsurfing to NIE nocleg za seks, ani nic w tym stylu. To nic więcej jak wymiana kultury, gościnność, chęć poznania drugiego człowieka i udzielenia mu pomocy w potrzebie. Taka całkiem udana próba stworzenia lepszego świata, czysty układ, bez ukrytego interesu czy drugiego dna.
Skoro już wyjaśniliśmy sobie tą kwestię, możemy przejść do dalszej części postu :)

Po co surfować?

Pierwszy powód to możliwość znalezienia darmowego noclegu. Była to pierwotna idea, na bazie której stworzono ten serwis i wbrew niektórym opiniom CS to JEST darmowy nocleg. Koniec, kropka. Jednak zarówno idea, jak i sam serwis mocno ewoluowały i dziś głównym powodem surfowania jest często chęć poznania drugiego człowieka i jego kultury.

Jeśli chodzi o mnie, często używam CS z pierwszego powodu. Bez owijania w bawełnę - kiedy jadę na parę dni do państwa, w którym jedna noc w najtańszym hostelu kosztuje 100-200 zł, po prostu nie chce mi się tyle wydawać wiedząc, że płacę tylko za prysznic i parę godzin snu. Uważam, że nie ma w tym podejściu niczego niewłaściwego. Dzięki Couchsurfingowi jednak nie tylko mam gdzie spać i się umyć, ale także poznaję świetnych ludzi, którzy nie raz mnie motywują, zmieniają coś w moim światopoglądzie bądź przywracają wiarę w ludzi. Dlatego zazwyczaj decyduję się na CS nawet wtedy, kiedy noclegi w danym państwie są tanie (przykład: Chiny).


Po co hostować?
Powodów jest milion. Większość osób hostuje, bo chce poznać podróżników, usłyszeć ich historie, czegoś się od nich nauczyć. Inni dlatego że, przykładowo, nie mają planów na weekend i chętnie spędzą z kimś czas, oprowadzając go po mieście czy wychodząc gdzieś wspólnie wieczorem. Jeszcze inni mieszkają sami, mają dużo miejsca i czasem zwyczajnie potrzebują towarzystwa, odmiany, nowych znajomości. Jeszcze inni hostują, ponieważ sami podróżują w ten sposób i chcą się odwdzięczyć, pomagając innym i/lub zebrać kilka opinii w serwisie, aby w przyszłości było im łatwiej szukać noclegu.


"Mój dom to nie hotel"?

Jak widać, CS działa na zasadzie wymiany, czyli nocujemy za darmo, ale też dajemy coś w zamian. Nie musi to być nic wielkiego - może być to na przykład drobny upominek, pozmywanie naczyń albo postawienie piwa, a często wystarcza sama rozmowa, nawet niezobowiązująca wymiana opowieści i doświadczeń. Mimo to wielu hostów, zwłaszcza tych "wymiataczy" z kilkudziesięcioma opiniami na koncie, jest bardzo przeczulonych na punkcie odwdzięczania się za gościnę. Tacy od progu krzyczą na swoich profilach: "Mój dom to nie hotel!" i ostrzegają, że nie przyjmują podróżników, którzy szukają jedynie darmowej kanapy i nie oferują nic w zamian. Ja tylko po części zgadzam się z takim podejściem. Według mnie każdy surfer daje coś swojemu hostowi, choćby nieświadomie, no chyba, że jest kompletnym gburem i bucem, ale takie skrajne przypadki rzadko się zdarzają.

Inna sprawa jest taka, że z kolei niektórzy hostowie traktują gości tak, jak gdyby mieszkali w hotelu - nie rozmawiają z nimi, nie interesują się, a ich kontakt ogranicza się do dania kluczy do mieszkania i informacji, które drzwi to łazienka. Osobiście spotkałam się z takim przypadkiem* i uważam, że takie podejście też nie jest fair. Jak więc powinna, według mnie, wyglądać gościna za pośrednictwem CS?

* Zabawna sytuacja - ta dziewczyna rzeczywiście mieszkała w hotelu :D Tych, którzy chcą zapoznać się z tą historią, odsyłam do wpisu o Rotterdamie.


Jesteś gościem - zachowuj się jak gość

To bardzo prosta zasada. Często zdarzało mi się, że przyjeżdżałam do domu zupełnie obcej osoby i byłam tam przyjmowana jak stary, dobry znajomy - kolacją, śniadaniem, piwem, kawą, uśmiechem, rozmową, a nierzadko pełną lodówką do dyspozycji czy komputerem na własny użytek. Nie każdy jednak ma taki zwyczaj przyjmowania couchsurferów i niektórzy mówią wprost, że powinniśmy mieć własne jedzenie. Czasem wspominają też o swoich oczekiwaniach dotyczących godziny naszego wyjścia i powrotu, do których powinniśmy się dostosować. Jesteśmy w końcu gośćmi i o tym nie zapominajmy - korzystamy w końcu z czyjejś życzliwości, nie należy więc jej nadużywać. Nie warto też na siłę szukać kontaktu i zajmować hosta rozmową, jeśli w danym momencie wyraźnie nie ma na to ochoty. 

Uważam też, że skoro my zachowujemy się jak gość, to nasz host także powinien traktować nas jak gościa. Tak jak mówiłam, nie musi nas od razu karmić albo spędzać z nami 24h/dobę, ale przynajmniej zwyczajnie rozmawiać czy w jakikolwiek inny sposób okazywać zainteresowanie naszą osobą.


Czy to bezpieczne?

Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że tak, Couchsurfing jest bezpieczny. Jest tak przede wszystkim dlatego, że istnieją systemy weryfikacji użytkowników oraz dostęp do opinii wystawionych przez innych użytkowników, dzięki którym wiemy, czy dana osoba jest godna zaufania, czy nie. Na tej podstawie sami decydujemy, u kogo chcemy nocować bądź kogo przyjmować. Nie musimy wybierać osób, które nie wzbudzają naszego zaufania, mają negatywne opinie lub nie mają ich w ogóle.

Po drugie, CS opiera się na wzajemnym zaufaniu. Tak samo jak my postanawiamy, że zaufamy osobie, u której nocujemy, tak samo ta osoba obdarza zaufaniem nas. My wierzymy, że nasz potencjalny host nas nie oszukuje, tak samo on zakłada, że my go np. nie okradniemy. Poziom zaufania jest często niewiarygodny. Zdarzało mi się, że osoba poznana kilka minut wcześniej dawała mi klucze do swojego mieszkania, w którym miała wszystkie swoje rzeczy i sprzęty. Mogłam je wynieść, sprzedać i uciec, a jednak ktoś uwierzył, że tego nie zrobię.

Po trzecie, przeczytałam na temat Couchsurfingu mnóstwo artykułów, poznałam wiele osób, które w ten sposób podróżują i nigdy nie słyszałam o przypadku żadnego zabójstwa, porwania, gwałtu albo podobnego przestępstwa dokonanego z tym serwisem w tle. Biorąc pod uwagę to, jak wiele osób z niego korzysta i korzystało, prawdopodobieństwo, że nam się coś takiego przytrafi, jest raczej niewielkie. Wiadomo jednak, że ludzie są różni i tak, jak i wszędzie powinniśmy być czujni i przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa.

I po czwarte - nocując w prywatnym domu często czuję się bezpieczniej niż w hotelu, po którym kręci się mnóstwo przypadkowych ludzi i z którymi czasem nawet muszę dzielić pokój, jeśli jest on typu dorm. W tym przypadku nie mam możliwości wyboru i weryfikacji osób, z którymi będę mieszkać. Couchsurfing daje mi taką możliwość. Dzięki CS ogólnie czuję się bezpieczniej i pewniej podczas podróżowania, bo wiem, że niezależnie od tego, gdzie się znajdę, jest spora szansa, że w razie problemów ktoś mnie przenocuje albo pomoże w inny sposób. To trochę tak, jakby miało się dobrych znajomych w każdym miejscu na świecie, do których można w każdej chwili wpaść albo zadzwonić :)


Podsumowując: bardzo chwalę sobie ten serwis i mogę śmiało polecić wszystkim, którzy od podróżowania oczekują czegoś więcej niż tylko pospolitego zwiedzania.

I na koniec kilka zdjęć:

z Rianne w Londynie

kolacja, jaką przygotowali nam hostowie w Oslo ;)

Turcy - Murat i Ferdi, którzy w zeszłego Sylwestra i Nowy Rok oprowadzili nas po całym Wilnie i zabrali na zamek w Trokach

z Winoną i jej chłopakiem w Suzhou

z Lan w Nankinie

7 listopada 2014

7 listopada 2014

Dzisiejszy post postanowiłam poświęcić mojemu ulubionemu środkowi lokomocji, czyli autostopowi :) A konkretniej błędom, które popełniłam ja lub moi znajomi i które zrodziły różne zabawne lub mniej zabawne sytuacje. Z perspektywy czasu z każdego z tych błędów się śmieję, ale w momencie ich popełniania nie zawsze było wesoło. A więc, jedziemy z tematem! Jako ciekawostka i ku przestrodze ;)


Budapeszt 2013
1. Pierwszy w życiu autostopowy wyjazd - jedziemy ze znajomym do Budapesztu. Dwa pierwsze stopy złapane błyskawicznie, czekamy na trzeciego na rzeszowskiej wylotówce. Po 40 minutach stania stwierdziliśmy, że widocznie nikt nie chce się zatrzymać, bo stoimy na przystanku miejskim (sic! :D) i postanowiliśmy iść przed siebie, żeby poszukać lepszego miejsca. Lepszego miejsca nie było przez kolejne 10 kilometrów, które pokonaliśmy piechotą :D

2. Ten sam wyjazd: druga para, Monika i Michał, złapali swojego drugiego w życiu stopa i podczas postoju na stacji poszli sobie do sklepu. Gdy wrócili, zobaczyli "swój" samochód odjeżdżający ze stacji z ich wszystkimi bagażami. Na szczęście kierowca za chwilę się wrócił, bo okazało się, że zwyczajnie o nich... zapomniał. Mimo to żałuję, że nie widziałam ich min w tamtym momencie :D Wniosek: samochodu trzeba pilnować!

3. Ciągle ten sam wyjazd i błąd absolutnie niewybaczalny, a mianowicie taki, że nie ogarnęliśmy zupełnie, jak wyjechać z tego Budapesztu. O, naiwni, myśleliśmy, że jest to tak proste, że wystarczy do tego turystyczna mapa :D Od tamtej pory przyjaźnimy się z hitchwiki, bo szkoda nam tracić 7 godzin na wyjeżdżanie z miasta :P



4. Sierpień 2013, jedziemy ze znajomym do Częstochowy. Z pierwszym kierowcą umówiliśmy się, że wysadzi nas przy obwodnicy Ożarowa. Myśleliśmy, że to oczywiste, że chcemy wysiąść na jakimś przystanku albo na poboczu, ale on wysadził nas dosłownie przy obwodnicy. Tam nie było gdzie stanąć, za daleko było się wracać, no i musieliśmy jechać przez Ożarów, co wygenerowało szereg dalszych problemów. Od tamtej pory zawsze konkretnie umawiam się z kierowcą i ustalam, gdzie dokładnie ma mnie wysadzić.

5. Ciąg dalszy punktu 4. Stoimy na wylotówce z Ożarowa, jakaś beznadziejna droga, po której jeżdżą same tiry, cysterny, prawie żadnych osobówek. Po ponad godzinie stania w końcu ktoś się zatrzymał i powiedział, że za kilometr jest stacja benzynowa i że tam szybciej coś złapiemy. Pojechaliśmy i okazało się, że ta stacja jest... po drugiej stronie drogi. Wniosek: jeśli stoisz w dobrym miejscu, to go nie zmieniaj i nie słuchaj rad ludzi, którzy nigdy nie jeździli stopem!!!


w drodze z Rotterdamu do Brukseli - w camperze :)

6. Majówka 2014, w drodze do Holandii. Niby wiedzieliśmy, że nie można łapać przy autostradzie, ale do tej pory nam się udawało. Tym razem jednak podjechała policja i zwróciła nam uwagę. Co prawda obyło się bez mandatu, ale gdybyśmy trafili na innych policjantów, mogło by być różnie. Od tamtej pory łapiemy tylko przy wyjeździe ze stacji.

7. Majówka 2014, droga z Rotterdamu do Brukseli. Zatrzymała się jakaś pani i powiedziała, że podrzuci nas w okolice miejscowości XYZ. Nie wspomniała jednak, że w międzyczasie zjeżdża z autostrady, na którą z trudem się dostaliśmy i z którą zdecydowanie nie chcieliśmy się rozstawać. Jechaliśmy najwęższymi dróżkami, jakie tylko były zaznaczone na mapie. Na szczęście udało nam się szybko wrócić na autostradę i dojechać bez większych problemów, ale po raz kolejny dostaliśmy nauczkę, że z kierowcą trzeba się umawiać bardzo dokładnie ;)

8. W dalszym ciągu majówka. Tak się szykowaliśmy do wyjazdu, że zapomnieliśmy dwóch najważniejszych rzeczy, czyli koszulek odblaskowych i flagi Polski. Nie pytajcie, jak to się stało, nie wiemy. :D Koszulki musieliśmy kupić na stacji, a flagę kleiliśmy naprędce z kupionych w Rotterdamie kopert (białej i czerwonej) i foliowych koszulek. I dobrze, że ją zrobiliśmy, bo dzięki niej za Frankfurtem szybko zgarnęło nas dwóch polskich dostawców i między innymi dlatego pokonaliśmy drogę z Brukseli do Lublina w 23 godziny ;)


Wilno-Ryga, Sylwester 2013/14
9. Sytuacja Moniki, która jechała ze znajomymi w Bieszczady. Ktoś się zatrzymał, ale nie jechał tam, gdzie chcieli i podczas wyjeżdżania z zatoczki tak się niefortunnie zdarzyło, że najechał kołem na jeden z plecaków :D Na szczęście ucierpiały tylko parówki, ale to nauczka, że nie można kłaść bagaży zbyt blisko jezdni.


Jeśli ktoś z Was również popełnił jakieś błędy podczas jazdy autostopem, zachęcam do dzielenia się wspomnieniami w komentarzach :)

2 listopada 2014

2 listopada 2014

Podzielę się dzisiaj pewną historią.

Tego roku byłam w Chinach, mój wolontariat dobiegał właśnie końca, a ja zastanawiałam się, co zrobić z tymi kilkoma dniami, które zostały mi do powrotu do Polski. Opcji było co najmniej kilka: mogłam pojechać do Pekinu, do Szanghaju, albo po prostu pozwiedzać okoliczne miasta. Mój wybór padł jednak na Nankin - dawną chińską stolicę, dziś rzadko odwiedzaną przez turystów i właściwie wszyscy dziwili się, dlaczego jadę właśnie tam, skoro nikt mi tego miejsca nie polecał.

Tymczasem to właśnie Nankin spodobał mi się najbardziej ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie chińskich miast. Spędziłam tam wspaniałe 3 dni, poznałam wielu ciekawych ludzi i naprawdę cierpię wiedząc, że prawdopodobnie już nigdy więcej tam nie pojadę.

Dziś to właśnie poznanym w Nankinie ludziom, a zwłaszcza jednej osobie, chciałabym poświęcić ten post.


Mój pobyt w Chinach dobiegał końca, spędzałam właśnie ostatni dzień na zwiedzaniu miasta z Damianem i Jarkiem (o tym, jak się poznaliśmy, pisałam tutaj). Wieczorem, po powrocie do domu, moja hostka Lan powiedziała mi, że dziś przenocuje u nas jeszcze jej znajoma, która znalazła się w bardzo kiepskiej sytuacji, potrzebuje wsparcia i nie ma gdzie dzisiaj spać. Tak właśnie poznałam J.

J. była Francuzką i kończyła właśnie pobyt na półrocznej wymianie w Nankinie. Pierwszego wieczoru nie miałyśmy okazji zbyt długo rozmawiać, bo była w naprawdę kiepskim nastroju. Jednak na drugi dzień rano, tuż przed moim wyjazdem do Szanghaju na samolot do domu, poszłyśmy razem do pobliskiego punktu ksero, aby wydrukować moją kartę pokładową oraz jej wizę do Wietnamu, bo tam właśnie wybierała się przed powrotem do Francji. Tak wyszło, że podczas drogi rozmawiałyśmy na wiele tematów - o życiu, podróżowaniu, studiach, Chinach.

J. opowiedziała mi swoją historię. Okazało się, że zaraz po zdaniu matury nie wiedziała zupełnie, co zrobić ze swoim życiem - nie wiedziała, na jakie chce iść studia, gdzie mieszkać, czym się zajmować. Postanowiła więc zrobić sobie rok przerwy i wyjechała na roczny program do Izraela (miałyśmy już więc na wstępie wspólny temat :)). Tak jej się spodobało, że postanowiła tam zostać. Poszła na studia i mieszkała tam przez kolejne 5 lat. W tym czasie nauczyła się perfekcyjnie hebrajskiego i poznała ten kraj od podszewki. Potem pojechała na Tajwan, gdzie mieszkała przez rok i uczyła się chińskiego. Teraz przez pół roku mieszkała w Chinach. Miała 27 lat. Od ilu więc lat mieszkała poza Francją? W jakim wieku po raz pierwszy wyjechała? No właśnie...

W tamtym momencie dostałam kopa. Mam już prawie 21 lat, J. w tym wieku już od dwóch lat mieszkała w Izraelu, więc co ja jeszcze robię w Polsce? Dlaczego nie studiuję za granicą, dlaczego nie korzystam z miliona programów, wymian i stypendiów, które są kierowane dla studentów, dlaczego siedzę ciągle w jednym miejscu? W tamtym momencie, wchodząc do punktu ksero, postanowiłam: wyjeżdżam. Nie ma siedzenia na tyłku. Nie ma lamusowania, czekania nie wiadomo na co i marudzenia, że z mojego kierunku nie mogę jechać na Erasmusa. Jest milion innych programów, trzeba tylko dobrze poszukać i znaleźć coś dla siebie. Nie będę czekać, aż skończę jedne czy drugie studia albo zacznę na poważnie szukać pracy. Chcę wyjechać teraz i robić to, co w danym momencie mi najbardziej odpowiada, a najlepiej, by było to coś, co zaprocentuje na przyszłość.


Po powrocie do Polski przeczytałam Internet. Rozejrzałam się za ofertami, możliwościami, różnymi opcjami. Na konkrety za wcześnie, ale wiem już, co chcę robić i zaczynają pojawiać się pierwsze opcje. Wiem już, że nie będzie łatwo, ale wiem też, że się da. :)


***

Kiedy jechałam do Warszawy na samolot do Chin, siedziałam w przedziale z pewnym profesorem. Całe dwie i pół godziny drogi zawracał mi głowę pseudofilozoficznymi i nikomu nie potrzebnymi gadkami o sztuce i książkach. Podzielił się ze mną także swoją historią i powiedział, że nic tak nie kształtuje życia, jak właśnie ludzie, których poznaje się zupełnie przypadkowo. Miał całkowitą rację.

31 października 2014

31 października 2014

Kiedy trochę ponad rok temu po raz pierwszy usłyszałam o AIESEC, znajomi powiedzieli mi, że  idzie się tam "tylko po to, aby mieć co wpisać w CV i z kim imprezować". Nie lubię imprezować dla samego imprezowania ani robić czegoś tylko i wyłącznie dla papierka, więc tak wyszło, że zupełnie nie zainteresowałam się tematem.

Po raz drugi z AIESEC zetknęłam się wtedy, jak postanowiłam wyjechać na wolontariat. Nie wiedziałam o nich wówczas nic poza tym, że można z nimi wyjechać za granicę. I to pierwsze spotkanie dosyć mnie rozczarowało: zastałam tam nieodpowiedzialnych ludzi, tygodnie oczekiwania na maile, a po przyjeździe szczątkowe zaplanowanie czegokolwiek, pozory ogarniania sytuacji i bezradne miny "organizatorów". Dokładniej pisałam o tym w poście podsumowującym wolontariat i choć ostatecznie byłam z niego zadowolona, na miejscu te wszystkie niedogrania i zmiany planów były strasznie denerwujące. Wtedy też, trochę wbrew temu, co się działo, pojawiła się u mnie pierwsza myśl z serii "A może by tak spróbować...?". Podyktowana była co prawda w dużym stopniu myślą "ale-oni-na-niczym-się-nie-znają-ja-bym-to-zrobiła-sto-razy-lepiej" (:D), ale wtedy też uświadomiłam sobie, że przecież te projekty nie robią się same i stoją za nimi konkretne osoby odpowiedzialne za konkretne rzeczy. Już wtedy interesowałam się trochę rozwojem osobistym, złożyłam papiery na zarządzanie, chciałam spróbować swoich sił w marketingu albo w realizacji projektu.

Po powrocie z wolontariatu zgłębiłam więc temat i od osób działających w organizacji dowiedziałam się, że tak naprawdę to jest to świetny sposób na zdobycie konkretnego doświadczenia w dziedzinach, które mnie interesują, czyli marketing, PR, HR, management i tym podobne. Oczy mi się zaświeciły, ziarenko padło. Stwierdziłam - dobra, niech będzie! aplikuję. 

Do wyboru miałam trzy segmenty, w których mogłam działać: Social Entrepreneur (HR), Marketing i Biznes. Wybrałam Marketing. Przeszłam rozmowę i dostałam się. Kolejnym etapem wstąpienia do organizacji był udział w weekendowej konferencji wprowadzającej. No faaajnie, myślałam, pewnie znowu będą ajsek densy, zero organizacji i zmarnowana połowa czasu. Nie chciało mi się jechać, chciałam tylko wiedzieć, jaki mam projekt, co mam w nim robić, gdzie i kiedy być, a cała reszta mnie nie interesowała. Tymczasem przyjechałam na konferencję i...

Zastałam świetnie zorganizowany event, znalezionych sponsorów, ciekawe sesje i prezentacje, fantastycznie poprowadzoną integrację, dzięki której już po kilku pierwszych godzinach 140 osób się znało, a przede wszystkim pozytywnych i niesamowicie inspirujących ludzi, którzy mają pomysł na siebie, uwielbiają to, co robią i potrafią dzielić się tym z innymi. Dawno nie spędziłam tak dobrze weekendu - pojechałam nastawiona sceptycznie, ale z każdą godziną konferencji coraz szerzej otwierałam buzię.

Mała wizualizacja:






integracja :)






gala przydzielania do projektów




Jestem naprawdę pod mega, mega wrażeniem. Trafiłam do projektu marketingowego, którego zadaniem jest promowanie programu praktyk (Global Talents). Mamy już za sobą pierwszą wymianę planów, pomysłów i jestem strasznie ciekawa, co z tego dalej będzie. Motywem przewodnim całej grupy zajmującej się projektem Global Talents i bliźniaczym, wolontariackim projektem Global Citizen jest panda - stąd panda w tytule ;)

Cieszę się, że dostałam się do AIESEC, że trafiłam do fajnego projektu i że mogę robić coś naprawdę ciekawego. Mam nadzieję, że kolejne wrażenia będą równie dobre, jak pierwsze.

Jest dobrze!
[zdjęcia nie są mojego autorstwa - udostępnione i opublikowane za zgodą Justyny N. dzięki! :)]