Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

20 grudnia 2014

20 grudnia 2014

http://www.inc.com
Według mnie autostop to jedna z tych rzeczy, których każdy powinien w życiu spróbować. Bezwarunkowo, bez kręcenia nosem i wymówek. Może nie każdemu się spodoba, ale zdecydowanie każdy powinien przekonać się o tym na własnej skórze :) 

Bez zbędnego przedłużania, przedstawiam najważniejsze według mnie powody, dla których warto wybrać autostop jako środek transportu. Wbrew pozorom to zdecydowanie więcej niż tylko darmowa podwózka. Zapraszam!


1. Wolność

Żaden inny środek transportu nie daje takiej swobody. Kiedy podróżujesz busem czy pociągiem, wsiadasz i wysiadasz o określonym miejscu w określonym czasie. Autostop tak nie działa. Jakiekolwiek planowanie mu nie sprzyja - taka podróż to często podejmowanie decyzji pod wpływem chwili, wiele zmian i niespodziewanych sytuacji. Jeśli w trakcie zdecydujesz się zmienić trasę lub zawrócić, masz drogę wolną. Nie ogranicza cię nic - ani rozkład jazdy, ani pieniądze wydane na bilety. To chyba najważniejszy powód, dla którego autostop jest dobrym wyborem :)

2. Przygoda

W busie albo pociągu na ogół nic się nie dzieje - siedzisz przez kilka, kilkanaście godzin w jednej pozycji, czytając piąty raz tą samą gazetę i dziesiąty raz słuchając tej samej płyty. Podczas jazdy autostopem nie ma czasu na nudę - tam ciągle jest się w ruchu, ciągle trzeba ogarniać sytuację, podejmować decyzje. Co chwila poznaje się kogoś nowego, nawiązuje rozmowy, dyskusje. Często jest tak, że sama jazda jest o wiele ciekawsza niż pobyt w miejscu docelowym :) Autostop jest więc gwarancją, że przeżyjemy prawdziwą przygodę, w dodatku bez wielkiego wysiłku i zupełnie za darmo. Według mnie to po prostu pierwszy i najprostszy krok do tego, aby uczynić życie ciekawszym :P

3. Poznawanie ludzi

Jak dotąd na stopa wzięło mnie 71 osób i każdą z nich pamiętam. Czasem podwózka była szybka i nie zapamiętałam z niej wiele, a czasem długa jazda mijała na poważnych rozmowach i kończyła się wymianą maili lub numerów telefonów. Do dzisiaj na przykład mamy kontakt z Niemcami, którzy w styczniu zeszłego roku podwieźli nas z Rygi do Suwałk. Jazda autostopem to świetna okazja, aby nauczyć się rozmawiać z ludźmi, otworzyć się, a często wiele nauczyć. Nawet jeśli zdecydowana większość tych znajomości kończy się po wyjściu z samochodu, mogą one pozostawić po sobie coś naprawdę ważnego. Ponadto autostop zwyczajnie przywraca wiarę w ludzi i daje okazje do spotkania się z prawdziwą życzliwością i chęcią bezinteresownej pomocy.

4. Kształtowanie charakteru

Jadąc autostopem nigdy nie wiesz, ile będziesz czekał na następny samochód - może parę minut, może parę godzin. To świetna lekcja cierpliwości, a także wdzięczności za to, co się otrzymuje i radości z małych rzeczy. Ponadto jest to świetna okazja do tego, aby przełamywać swoje bariery i ograniczenia i uwierzyć w to, że z każdej, nawet z pozoru beznadziejnej sytuacji jest jakieś wyjście. Sprawia też, że człowiek przestaje się przejmować pierdołami i stwarzać sobie na siłę problemy, a po prostu zaczyna jak najwięcej czerpać z chwili obecnej ;)


5. Oszczędność

Celowo wspominam o tym na końcu, ale jednak wspominam - to naprawdę bardzo ważna zaleta. Gdyby nie autostop, nie byłoby mnie stać na to, żeby wszędzie kupować sobie bilety samolotowe albo autobusowe. Pewnie wyjeżdżałabym raz do roku na tygodniowe wakacje, planując wszystko z dużym wyprzedzeniem i miesiącami zastanawiając się, czy naprawdę właśnie na TO miasto czy państwo chcę przeznaczyć pieniądze. To właśnie dzięki jeździe autostopem mogę podróżować często i bez wielkiego planowania - jeśli chce gdzieś pojechać, to po prostu tam jadę i nie muszę liczyć się z wielkimi kosztami. Nie lubię płacić za to, za co płacić nie muszę - zwłaszcza, jeśli opcja alternatywna daje mi straszną frajdę :)


A może są jeszcze inne powody, o których nie wspomniałam? Zachęcam do dzielenia się w komentarzach na blogu lub fanpage'u :)

7 grudnia 2014

7 grudnia 2014


Są takie momenty, do których szczególnie lubię wracać. Może dlatego, że mam świadomość, iż każdy wyjazd jest niepowtarzalny i kolejna podróż z pewnością będzie inna od poprzedniej. Niekoniecznie lepsza czy gorsza - po prostu inna.

Fajnie jest po wielu miesiącach wspominać te wszystkie chwile, które były w jakiś sposób szczególne, osoby, które się spotkało, miejsca, które odwiedziło i to, co udało się osiągnąć tym razem. Fajnie jest przypomnieć sobie, jak stało się na najsławniejszym w Amsterdamie moście z wielkim plecakiem i próbując zorientować mapę, jak w jeden dzień zeszło się na piechotę całą Brukselę, bo szkoda było kasy na bilety i jak zostało się wyrzuconym przez kierowcę na środku autostrady, po czym spełniło się jedno z autostopowych marzeń i złapało wielkiego campera (tak zwany dom na kółkach). Fajnie jest siąść któregoś zimowego wieczoru, powspominać i powiedzieć sobie: to był dobry wyjazd... :)

Przychodzę więc dziś z dwoma filmami, których jeszcze tutaj nie publikowałam, a które stanowią najlepszą pamiątkę z fantastycznego wyjazdu, jakim była tegoroczna Majówka. Mogę oglądać te filmy bez przerwy, bo zawsze wywołują u mnie wielki uśmiech, dodają niesamowitej energii i sprawiają, że mam ochotę teraz, zaraz rzucić wszystko i gdzieś wyjechać :)

Zapraszam więc do obejrzenia dwóch krótkich relacji z naszej majowej wyprawy, w czasie której pokonaliśmy prawie 3000 km, zwiedziliśmy trzy europejskie miasta i w pięknym stylu wróciliśmy autostopem z Brukseli do Lublina w 23 godziny. Jest co wspominać!

Film mój:

 

Film Moniki:


Przypomniałam sobie przy okazji, że nie wstawiłam tu relacji z pobytu w Brukseli. Koniecznie muszę to nadrobić, bo to fantastyczne miasto!

A tymczasem kolejny wyjazd jest już w planach. Chcę go w tym momencie tak bardzo, że już odliczam dni. A zostało ich już nie tak wiele :) Z tego wyjazdu zapewne również powstanie film, bo stwierdzam, że takie nagrania biją na głowę wszystkie pamiątki.


Pozdrawiam,
Klaudia

7 listopada 2014

7 listopada 2014

Dzisiejszy post postanowiłam poświęcić mojemu ulubionemu środkowi lokomocji, czyli autostopowi :) A konkretniej błędom, które popełniłam ja lub moi znajomi i które zrodziły różne zabawne lub mniej zabawne sytuacje. Z perspektywy czasu z każdego z tych błędów się śmieję, ale w momencie ich popełniania nie zawsze było wesoło. A więc, jedziemy z tematem! Jako ciekawostka i ku przestrodze ;)


Budapeszt 2013
1. Pierwszy w życiu autostopowy wyjazd - jedziemy ze znajomym do Budapesztu. Dwa pierwsze stopy złapane błyskawicznie, czekamy na trzeciego na rzeszowskiej wylotówce. Po 40 minutach stania stwierdziliśmy, że widocznie nikt nie chce się zatrzymać, bo stoimy na przystanku miejskim (sic! :D) i postanowiliśmy iść przed siebie, żeby poszukać lepszego miejsca. Lepszego miejsca nie było przez kolejne 10 kilometrów, które pokonaliśmy piechotą :D

2. Ten sam wyjazd: druga para, Monika i Michał, złapali swojego drugiego w życiu stopa i podczas postoju na stacji poszli sobie do sklepu. Gdy wrócili, zobaczyli "swój" samochód odjeżdżający ze stacji z ich wszystkimi bagażami. Na szczęście kierowca za chwilę się wrócił, bo okazało się, że zwyczajnie o nich... zapomniał. Mimo to żałuję, że nie widziałam ich min w tamtym momencie :D Wniosek: samochodu trzeba pilnować!

3. Ciągle ten sam wyjazd i błąd absolutnie niewybaczalny, a mianowicie taki, że nie ogarnęliśmy zupełnie, jak wyjechać z tego Budapesztu. O, naiwni, myśleliśmy, że jest to tak proste, że wystarczy do tego turystyczna mapa :D Od tamtej pory przyjaźnimy się z hitchwiki, bo szkoda nam tracić 7 godzin na wyjeżdżanie z miasta :P



4. Sierpień 2013, jedziemy ze znajomym do Częstochowy. Z pierwszym kierowcą umówiliśmy się, że wysadzi nas przy obwodnicy Ożarowa. Myśleliśmy, że to oczywiste, że chcemy wysiąść na jakimś przystanku albo na poboczu, ale on wysadził nas dosłownie przy obwodnicy. Tam nie było gdzie stanąć, za daleko było się wracać, no i musieliśmy jechać przez Ożarów, co wygenerowało szereg dalszych problemów. Od tamtej pory zawsze konkretnie umawiam się z kierowcą i ustalam, gdzie dokładnie ma mnie wysadzić.

5. Ciąg dalszy punktu 4. Stoimy na wylotówce z Ożarowa, jakaś beznadziejna droga, po której jeżdżą same tiry, cysterny, prawie żadnych osobówek. Po ponad godzinie stania w końcu ktoś się zatrzymał i powiedział, że za kilometr jest stacja benzynowa i że tam szybciej coś złapiemy. Pojechaliśmy i okazało się, że ta stacja jest... po drugiej stronie drogi. Wniosek: jeśli stoisz w dobrym miejscu, to go nie zmieniaj i nie słuchaj rad ludzi, którzy nigdy nie jeździli stopem!!!


w drodze z Rotterdamu do Brukseli - w camperze :)

6. Majówka 2014, w drodze do Holandii. Niby wiedzieliśmy, że nie można łapać przy autostradzie, ale do tej pory nam się udawało. Tym razem jednak podjechała policja i zwróciła nam uwagę. Co prawda obyło się bez mandatu, ale gdybyśmy trafili na innych policjantów, mogło by być różnie. Od tamtej pory łapiemy tylko przy wyjeździe ze stacji.

7. Majówka 2014, droga z Rotterdamu do Brukseli. Zatrzymała się jakaś pani i powiedziała, że podrzuci nas w okolice miejscowości XYZ. Nie wspomniała jednak, że w międzyczasie zjeżdża z autostrady, na którą z trudem się dostaliśmy i z którą zdecydowanie nie chcieliśmy się rozstawać. Jechaliśmy najwęższymi dróżkami, jakie tylko były zaznaczone na mapie. Na szczęście udało nam się szybko wrócić na autostradę i dojechać bez większych problemów, ale po raz kolejny dostaliśmy nauczkę, że z kierowcą trzeba się umawiać bardzo dokładnie ;)

8. W dalszym ciągu majówka. Tak się szykowaliśmy do wyjazdu, że zapomnieliśmy dwóch najważniejszych rzeczy, czyli koszulek odblaskowych i flagi Polski. Nie pytajcie, jak to się stało, nie wiemy. :D Koszulki musieliśmy kupić na stacji, a flagę kleiliśmy naprędce z kupionych w Rotterdamie kopert (białej i czerwonej) i foliowych koszulek. I dobrze, że ją zrobiliśmy, bo dzięki niej za Frankfurtem szybko zgarnęło nas dwóch polskich dostawców i między innymi dlatego pokonaliśmy drogę z Brukseli do Lublina w 23 godziny ;)


Wilno-Ryga, Sylwester 2013/14
9. Sytuacja Moniki, która jechała ze znajomymi w Bieszczady. Ktoś się zatrzymał, ale nie jechał tam, gdzie chcieli i podczas wyjeżdżania z zatoczki tak się niefortunnie zdarzyło, że najechał kołem na jeden z plecaków :D Na szczęście ucierpiały tylko parówki, ale to nauczka, że nie można kłaść bagaży zbyt blisko jezdni.


Jeśli ktoś z Was również popełnił jakieś błędy podczas jazdy autostopem, zachęcam do dzielenia się wspomnieniami w komentarzach :)

14 października 2014

14 października 2014

O wyjeździe w Bieszczady jesienią marzyłam już od dawna i w tym roku powzięłam mocny zamiar, aby wreszcie urzeczywistnić swoje plany. Pisałam do wszystkich, pytałam, proponowałam, niestety - ani jedna osoba nie chciała ze mną jechać. Trudno, powiedziałam sobie, pojadę sama, bo nie ma przecież rezygnowania z byle powodu. Tak się jednak złożyło, że tuż przed wyjazdem zdecydował się Maciek, i tak oto pojechaliśmy! :)


Ja jechałam z Lublina, Maciek z Krakowa. O dojeździe w Bieszczady busami można zapomnieć, nic tam nie jeździ, a jak już jeździ, to cała sprawa trwa kilkanaście godzin z pięcioma przesiadkami. Autostop odpadał, bo ja nie jeżdżę stopem sama, a Maciek mógł ruszyć dopiero w piątek późnym popołudniem, a nie chciał zaczynać łapać tak późno. Poszukaliśmy więc alternatywnych rozwiązań i oboje znaleźliśmy transport przez BlaBlaCar do Ustrzyk Dolnych. Mega szczęście ;)

Do Ustrzyk Dolnych mieliśmy jednak dotrzeć dopiero po 20, a do Ustrzyk Górnych, docelowego miejsca, mieliśmy jeszcze ponad 40 km. Było trochę późno na łapanie stopa (choć pewnie dało by radę), więc trzeba było przenocować w Dolnych. Obdzwoniłam wszystkie schroniska, domy rekolekcyjne, ośrodki PTTK i tym podobne miejsca. Nie dodzwoniłam się nigdzie poza domem rekolekcyjnym, który, jak się okazało, w ogóle nie istniał :P Wytoczyłam więc ciężkie działa w postaci facebookowej grupy o nazwie "Jestem w dupie, weź mnie przekimaj". Po chwili odezwała się Emilia, która zapewniła nam nocleg u swojej (przemiłej!) mamy. Dziękujemy!


Rano pierwszy bus do Ustrzyk Górnych odjeżdżał o 8. Nie było opcji - o 8 to my chcieliśmy być już na szlaku :) Z samego rana stanęliśmy więc na drodze. Nie byliśmy pewni, czy łapiemy w dobrym kierunku, więc starym sprawdzonym sposobem postanowiliśmy zatrzymać kogokolwiek, żeby przynajmniej dowiedzieć się, czy dobrze stoimy.

Bieszczady to autostopowa bajka! Zatrzymało się trzecie auto i kierowca jechał w kierunku Ustrzyk :) Dowiedzieliśmy się przy okazji, że staliśmy na Sanok, a on jechał tamtędy przypadkiem, bo akurat wyjeżdżał z pobliskiego osiedla :D Zabrał nas do Stuposian, gdzie zatrzymał się nam pierwszy samochód i tak o 7:50 byliśmy już na miejscu. Prosto z samochodu poszliśmy do Domu Rekolekcyjnego, zostawiliśmy rzeczy i od razu pojechaliśmy do Wołosatego na szlak.


Wybraliśmy mój ulubiony szlak, czyli drogę przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec i Halicz. Szłam tędy już trzeci raz i za każdym razem wszystko wygląda inaczej, ale zawsze tak samo pięknie :)







Naszym głównym celem było Bukowe Berdo. Nigdy wcześniej nie szłam tym szlakiem, a słyszałam, że są z niego najpiękniejsze widoki. I rzeczywiście są piękne, choć na mnie niezmiennie największe wrażenie robi Połonina Caryńska ;)

Na Bukowym w tym roku nie zakwitły jarzębiny - prawdopodobnie dlatego, że wiosną przemarzły ich kwiaty. Szkoda, ale wrażenia i tak były niesamowite. Widok czerwonego lasu to coś absolutnie genialnego ;)







Zeszliśmy do Mucznego, gdzie szliśmy drogą z mapą w ręku, przymierzając się do łapania stopa, po czym jakiś miły pan zaczepił nas i powiedział, że właśnie jedzie do Ustrzyk i że może nas podwieźć :D

Na miejscu kolacja i genialny grzaniec w ulubionym Eskulapie. W tle muzyka Ciszy, Domu o Zielonych Progach i tym podobne. Bieszczady pełną parą :) Nieziemski wieczór.


Myśląc o planach na następny dzień stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zobaczyć wschód słońca na Caryńskiej. Oznaczało to, że trzeba wyruszyć o 5 rano i iść dwie godziny po ciemku przez las. Niby klasyk i tysiąc ludzi to wcześniej robiło, ale nie byłam przekonana do tego pomysłu. Maciek jednak mnie namówił, nastawiliśmy budziki na 4:20, a o 5 stanęliśmy przy wejściu na szlak i ruszyliśmy w ciemny las.

Tu zaczyna się tragikomiczna część opowieści :D Idąc po ciemku po, przyświecając sobie jedynie małą latarką, człowiek jest wrażliwy na każdy dźwięk. Kiedy spaceruje się po lesie w dzień, nie zwraca się uwagi na np. odgłos spadających z drzew liści, które w nocy robią bardzo dużo hałasu i sprawiają wrażenie, jakby w zaroślach przechadzało się jakieś zwierzę. Niby nikt żadnych nie spotyka, ale w końcu w lesie mogą być wilki, niedźwiedzie...

Po pół godzinie wspinaczki w pewnym momencie wydało mi się jednak, że rzeczywiście słyszę odgłos większego poruszenia niż to powodowane przez liście.
- Maciek, coś tu łazi.
- Oj co ci łazi, nic nie łazi - zatrzymał się jednak i świeci latarką po krzakach.
- Mówię, że coś łazi, spieprzajmy.
- Oj nic nie łazi, chodźmy dalej.
Po chwili dyskusji podjęliśmy jednak decyzję o powrocie, zwłaszcza, że niebo zaczęło się już przejaśniać i prawdopodobnie i tak przegapilibyśmy wschód. Dopiero na dole Maciek przyznał się, że jak świecił latarką, zobaczył w krzakach oczy, od których odbijało się światło i tylko dlatego się zatrzymał i w końcu zgodził zawrócić xD Może nie było to jakieś wielkie zwierzę i za chwilę sobie poszło (pewnie przerażone widokiem dwójki ludzi z latarkami ;P), ale nie żałujemy. Wróciliśmy do Domu, napiliśmy się herbaty i wyruszyliśmy znowu o 7. Na wschód słońca przyjdzie jeszcze czas ;)











Z Caryńskiej zeszliśmy do Brzegów Górnych, gdzie znów zatrzymał się nam pierwszy przejeżdżający samochód i zabrał prosto do Ustrzyk ;) Tam od razu poszliśmy po rzeczy i przed wyruszeniem w drogę powrotną zjedliśmy jeszcze obiad u Eskulapa. Wcześniej wpisaliśmy się też do księgi gości w Domu:


Znalazłam też nasz wpis sprzed dwóch lat, z pierwszego wyjazdu w Bieszczady ;)


Maciek chciał wracać stopem, ja chciałam dostać się do Ustrzyk Dolnych, skąd znów miałam podwózkę z BlaBlaCar. Tak się jednak złożyło, że zatrzymali się nam przemili państwo, którzy zabrali mnie prosto z Ustrzyk do Lublina :) 

Wyjazd jak najbardziej udany, pozytywny i odkrywczy. Spełniłam wreszcie swoje marzenie i odwiedziłam Bieszczady w czerwonym październiku. To miejsce ma w sobie coś niesamowitego. To nie góry, na które wchodzi się raz i odhacza z listy - to góry, po których chodzenie nigdy się nie nudzi, nie męczy i nigdy nie ma się go dosyć. Byłam tam już wiosną, latem oraz jesienią, przede mną więc kolejne wyzwanie - zima ;)

26 maja 2014

26 maja 2014

Początkowo planowaliśmy zostać w Amsterdamie przez dwa dni, ponieważ jednak okazało się, że jeden dzień w zupełności wystarczył na zwiedzenie tego miasta, postanowiliśmy ruszyć dalej w trasę i pojechać wcześniej do Rotterdamu. Stopa łapaliśmy w Aalsmeer (i przy okazji zmokliśmy, stojąc tam przez godzinę na deszczu ;P), ale do celu dotarliśmy zaledwie dwiema podwózkami, więc poszło nam całkiem nieźle.

Kierowca zawiózł nas prosto pod wskazany adres, który był hostelem. Tak, nasza hostka z Couchsurfingu mieszkała w hostelu - pracowała tam w ramach wolontariatu. Ponieważ akurat była w pracy, zostawiliśmy u niej rzeczy i poszliśmy zwiedzać miasto. Na początku bardzo nam się podobało - nie było tam tylu rowerów, co w Amsterdamie, były normalne chodniki, mniej ludzi i dało się spokojnie chodzić.

Na początek wybraliśmy się na spacer po okolicy. Była dosyć osobliwa, co widać na poniższych zdjęciach:






Czuliśmy się tam właściwie bardziej jak w Azji, niż w Europie, gdyż byli tam praktycznie sami muzułmanie. Później okazało się, że w tym mieście są sami muzułmanie. Żadnych Europejczyków, przysięgam.

Ruszyliśmy w stronę centrum, po drodze oglądając coraz to ciekawsze miejsca i budynki:












Miasto zupełnie inne niż Amsterdam, o wiele bardziej nowoczesne, momentami dziwaczne, ale nawet nam się podobało. Trochę pozwiedzaliśmy, posiedzieliśmy w parku i wróciliśmy na nocleg około 22 i w tym momencie czar prysł.

Nasza hostka okazała się być mega niekontaktową osobą. Sprawiała wrażenie, jakby wcale nie chciało jej się z nami rozmawiać, nie miała czasu (a przynajmniej nie chciała go spędzić z nami) - nie wiem zupełnie, po co nas przyjmowała ani skąd wzięło się tyle pozytywnych opinii na jej profilu. Na dodatek spaliśmy w pokoju, który był niesamowicie brudny - wszędzie nieumyte naczynia sprzed co najmniej kilku dni, tony śmieci, papierów, walające się po podłodze skarpetki należące do anonimowego właściciela i inne niespodzianki. Nie wiem, jak można zaprosić kogokolwiek do takiego syfu. W pokoju były cztery kanapy, ale nam ich nie zaproponowała i musieliśmy spać na podłodze. Ponadto nasz pobyt tam był właściwie nielegalny (spaliśmy w końcu za darmo w hostelu), przez co dodatkowo się stresowaliśmy, że ktoś będzie nam robił problemy. Co tu dużo mówić, było po prostu okropnie i chcieliśmy uciec stamtąd jak najszybciej, ale niestety nasz host z Brukseli nie mógł nas przenocować noc wcześniej i musieliśmy zostać w Rotterdamie jeszcze jeden dzień.

Na drugi dzień właściwie nie było tam już za wiele do roboty - powłóczyliśmy się trochę, posiedzieliśmy w parku, na placu przed galerią, nic nie robiąc. W sumie to nawet dobrze, bo minione dni były bardzo intensywne i odpoczynek bardzo nam się przydał, ale miasto podobało nam się o wiele mniej i byliśmy zirytowani sytuacją związaną z naszym noclegiem. Właściwie to doszliśmy do wniosku, że ten Rotterdam jest mega dziwny i w zasadzie średnio przyjazny. Nie rozumiem zupełnie tego miasta, nie wiem zupełnie, o co tam chodzi. Jest takie, hmm... niezależne.





poziom artystyczny tej rzeźby jest bardzo typowy dla Rotterdamu

Po powrocie do hostelu nasza hostka rozmawiała sobie w najlepsze ze swoim współlokatorem, zupełnie nie przejmując się naszą obecnością. Bałagan miał się dobrze, jej ignorancja w stosunku do nas też. Postanowiliśmy, że się pakujemy i rano jak najszybciej stąd zbieramy - w zasadzie to nie chcieliśmy tam zostać ani minuty dłużej.

Podsumowując:
  • W Rotterdamie zaliczyłam pierwsze mega rozczarowanie Couchsurfingiem. Jak się okazuje, pozytywne opinie na czyimś profilu nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. Postanowiłam, że jeśli w przyszłości będzie coś nie tak, nie będę naciągać własnych, pisanych opinii, tylko opisywać wszystko tak, jak się sprawy miały. Na szczęście to pojedynczy przypadek i oczywiście do dalszego surfowania mnie nie zniechęcił :)
  • Rotterdam to dziwne miasto, bardzo dziwne. W dodatku dość małe i według mnie wystarczy jedno popołudnie, żeby je zwiedzić. Warto się tam wybrać choćby po to, żeby przejść się nad rzeką i zobaczyć nowoczesną panoramę, ale w gruncie rzeczy nie ma tam zbyt wiele do zwiedzenia.
  • Stwierdziliśmy, że Holandia absolutnie nie robi szału - podczas wyjazdu mieliśmy okazję zobaczyć jej różne oblicza i po prostu nie jest to państwo, które szczególnie przypadło nam do gustu.

Na drugi dzień o godzinie 7 już byliśmy w drodze na tramwaj, którym dostaliśmy się na wylotówkę w stronę Brukseli... Ale o tym później :)