Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

6 marca 2014

6 marca 2014

Dzisiaj naszło mnie na napisanie już nieco zaległego postu na temat dalszego ciągu wycieczki do Londynu :) Po koncercie Alexz miałyśmy bowiem jeszcze przed sobą dwa dni zwiedzania - jak widać po zdjęciach i relacji, nie ogarnęłam za bardzo tej kwestii, bo zajęłam się głównie koncertem i nasze zwiedzanie było trochę mało świadome i zaplanowane, ale mimo wszystko udało się zobaczyć kawałek miasta :)

Polubiłam się z Londynem, nawet bardzo. Na kilka tygodni przed wyjazdem żałowałam, że zdecydowałam się na to miasto, bo zależało mi przede wszystkim na koncercie, a Londyn jest w końcu drogi, wielki i trudny w obsłudze. Jednak dzięki pomocy osób bardziej zorientowanych w temacie (a zwłaszcza Hani - dzięki!) udało się w końcu ogarnąć kwestie poruszania po mieście, biletów i logistycznego zaplanowania całego wyjazdu.

Na wstępie napiszę, że niespodziewanie najbardziej w Londynie zachwycił mnie język. Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, przez tyle lat nauki (z czego kilka ostatnich bez absolutnie żadnych postępów) zdążyłam już nabrać do niego awersji. W Anglii jednak po raz pierwszy w życiu miałam styczność z prawdziwym, niekaleczonym angielskim i po raz pierwszy mówienie było dla mnie nie tylko niezbędnym narzędziem komunikacji w obcym państwie, ale prawdziwą przyjemnością. I choć w Polsce nie brakuje mi kontaktu z tym językiem (a wręcz momentami mam go nadmiar), dopiero w Anglii naprawdę zobaczyłam, co znaczy prawdziwy brytyjski angielski :) I zakochałam się w nim! Do tego stopnia, że rozważam jakiś dłuższy wyjazd w te rejony tylko po to, aby móc poćwiczyć język. Naprawdę, nawet te dwa dni tam dużo mi dały i czuję, że gdybym pomieszkała tam choćby miesiąc, wreszcie zrobiłabym postęp. Olać wszystkie lekcje i kursy! Wyjazd do Anglii bardzo polecam :)

Tak jak wspominałam w poście o koncercie, do Londynu przyleciałyśmy samolotem z Lublina, dostałyśmy się z Luton do centrum easyBusem, a nocleg znalazłyśmy przez couchsurfing. Naszą hostką była Holenderka Rianne. To był mój piąty raz, jeśli chodzi o CS, i kolejny bardzo pozytywny :)


Na drugi dzień po koncercie zwiedzanie miasta rozpoczęłyśmy od Hyde Parku, bo mieszkałyśmy tuż obok. To miejsce zdecydowanie lepiej jest odwiedzić w lecie, podobnie zresztą jak każdy inny park. Przeszłyśmy się nim chwilę, a potem poszłyśmy na metro i pojechałyśmy do Buckingham Palace. Tam odwiedziłyśmy sklep z pamiątkami, który oczywiście nie był zbyt tani, ale przynajmniej miał ładne wystawy :P





Potem przeszłyśmy się do Westminster zobaczyć Parlament, Big Ben i London Eye.







Ciąg dalszy spaceru po mieście:

bez tych napisów byłoby słabo ;)

Trafalgar Square


Wieczorem wybrałyśmy się wraz z Rianne do Chinatown. To była chyba najciekawsza część całej wycieczki :) To było niesamowite uczucie - skręcasz w jedną uliczkę i nagle czujesz, jakbyś był w innym świecie. Zamiast angielskiego wszędzie naokoło słychać chiński, widać tylko Azjatów (no i turystów :P), a dekoracje (akurat noworoczne :)) sprawiają wrażenie, jakby naprawdę było się w Chinach.





W Chinatown wybrałyśmy się do chińskiej restauracji. Jeszcze do niedawna nie znosiłam azjatyckiego jedzenia, miałam do niego uraz przez te wszystkie chińskie bary w Polsce, w których jedzenie jest po prostu ohydne (tłuste, śmierdzące i ciężkostrawne), ale po spróbowaniu prawdziwego chińskiego jedzenia przyrządzonego przez Chińczyków zmieniłam zdanie. To jedzenie jest naprawdę dobre :) To zamówione w tej restauracji też było smaczne (smażony makaron z kurczakiem i warzywami). Skusiłam się jeszcze na spróbowanie bubble tea, czyli perłowej herbaty (wybrałam smak mango). Słyszałam o niej wcześniej, ale nie wiedziałam dokładnie, co to jest. Wygląda ona tak:
Źródło: http://foodigital.com

Niestety, ni tam mango, ni herbaty :P Smakowało to jak rozcieńczone wodą mleko z okropnymi, bezsmakowymi, czarnymi żelkami na dnie. To były najgorzej wydaje 3 funty mojego życia i wielkie rozczarowanie. Nie wiem, czy każda bubble tea tak smakuje, ale generalnie nie polecam.

Wcześniej byłyśmy także w chińskim sklepie (bardzo ciekawe doświadczenie :P). Byłyśmy w nim chyba jedynymi turystkami, naokoło wszechobecny język chiński, chińska muzyka w głośnikach i kolejka dosłownie przez cały sklep. Nie było się gdzie ruszyć... Za to na końcu kolejki było aż siedem kas. Zakupy robiło się tam prawie że tak, że po wejściu ustawiało się w tej wielgachnej kolejce i poruszając się w niej, wybierało się rzeczy z półek i wkładano do koszyka. W ten sposób kupiłam kilka niepotrzebnych rzeczy "na spróbowanie". Jednym z takich produktów był ten oto napój:


Patrząc na opakowanie, ciężko stwierdzić, czym jest ów "Grass jelly drink", w dodatku o smaku banana. Otóż smakował on jak odgazowana cola (co do banana - ciężko stwierdzić), a na dnie miał bardzo drobne żelki, podobne do tych dobrze nam już znanych z bubble tea, tylko jeszcze gorszych, no bo drobnych. Ja nie wiem, co oni mają z tymi żelkami, przecież to obrzydlistwo. Byłam dzielna, ale nie podołałam.

Dodam jeszcze, że ten sklep był bardzo tani jak na realia Londynu i można tam było kupić dosłownie wszystko - chińskie przyprawy, octy, oleje, słodycze... W Polsce takie rzeczy są nieosiągalne! Chętnie kupiłabym coś więcej, ale niestety miałam ograniczenia w kwestii bagażu.


Po kolacji jeszcze raz przeszłyśmy się na Westmister, żeby zobaczyć London Eye i Parlament nocą.


Wiola, ja i Rianne :)

Na drugi dzień zaczęłyśmy zwiedzanie od okolic Tower Bridge i London Bridge. Pogoda była średnia, trochę padało.



Potem pojechałyśmy do słynnego British Museum. Wstęp tam jest darmowy, więc czemu by nie zajrzeć?

Muzeum jest potężnym gmachem. Budynek jest przepiękny, robi ogromne wrażenie, zarówno z zewnątrz, jak i w środku.





Jeśli chodzi o ekspozycję, na dobrą sprawę nie ma tam nic ciekawego - ot, takie tam muzeum, może się nie znam, ale nic mnie szczególnie nie ujęło. W dodatku jest tak wielkie, że chodziłyśmy po nim prawie dwie godziny, a nie zobaczyłyśmy nawet połowy. Polecam jednak się tam wybrać, chociażby po to, żeby zobaczyć sam gmach od środka - naprawdę warto!

Po wyjściu z muzeum pojechałyśmy do dzielnicy Camden, gdzie znajduje się spore targowisko oraz mnóstwo barów z azjatyckim jedzeniem. Na targu można właściwie kupić to, co w Polsce, czyli koszulki z przeróżnymi nadrukami, podróbki, pamiątki, obudowy na telefon i tego typu rzeczy. Za to jedzenie azjatyckie znowu pozytywnie mnie zaskoczyło :) Miejsce jest bardzo kolorowe, sympatyczne, można sobie posiedzieć i odpocząć nad brzegiem kanału (trudno było o miejsce siedzące).

Trochę zdjęć:






Potem się zachmurzyło i zaczęło padać, więc zeszłyśmy do metra i pojechałyśmy zobaczyć główną ulicę Londynu (Oxford Street), potem wybrałyśmy się na chwilę do Harrod's - najdroższego i najbardziej ekskluzywnego centrum handlowego w mieście (i zapewne nie tylko w mieście...). Miejsce naprawdę robiło wrażenie, choć było tam zdecydowanie więcej turystów niż ludzi, którzy faktycznie coś kupowali :P

Na zdjęciach Oxford Street zaraz po deszczu :)




Na koniec wybrałyśmy się po raz ostatni do Westminster (w domu Rianne miałyśmy być po 18, więc trochę nie miałyśmy co ze sobą zrobić). Dzięki temu, że w Londynie komunikacja miejska jest tak dobra, udało nam się w krótkim czasie zobaczyć właściwie wszystko, co miałyśmy w planach, a może nawet więcej :) Poruszałyśmy się głównie metrem, ale na koniec specjalnie przejechałyśmy się jeszcze słynnym piętrowym autobusem :P

Wieczorem pojechałyśmy do Rianne po rzeczy, pożegnałyśmy się z nią i ostatnie 2-3 godziny w Londynie spędziłyśmy w kawiarni na Baker Street, skąd odjeżdżał nasz autobus na lotnisko. Lot miałyśmy dopiero o 7:30 rano, a na miejscu byłyśmy już o 23:00, noc spędziłyśmy więc niezbyt wygodnie na lotniskowych fotelach. Całe szczęście, że miałyśmy powrót do Lublina i tuż po wylądowaniu (punktualnie) byłyśmy w domu :)


Co trzeba ogarnąć przed wyjazdem do Londynu?

  • mapa - bez niej ani rusz w żadnym dużym mieście. Koniecznie taka, gdzie są zaznaczone stacje metra i miejsca przesiadek
  • Oyster Card - absolutna konieczność. Komunikacja w Londynie jest bardzo, bardzo droga (droższa niż w Oslo! a już myślałam, że nic nie przebije tamtejszych cen...). Jeden przejazd metrem kosztuje 4 funty = 20 zł (!!!). Dzięki tej karcie nie tylko możemy jeździć taniej (ok 2 funty za 1 przejazd), ale jeśli sporo jeździmy, to po około czterech, pięciu przejazdach w danym dniu zaczyna ona jakby pełnić funkcję biletu całodziennego i kolejne przejazdy nie są już naliczane (więc nie zapłacimy więcej niż 9-10 funtów dziennie). Kartę można kupić w automacie na każdej stacji metra i kosztuje ona 5 funtów, przy wyjeździe z Londynu można ją zwrócić i odzyskać tą sumę. Jeśli planujesz wyjazd do Londynu, koniecznie zorientuj się w temacie.
  • easyBus - jeśli lądujesz na lotnisku Stanstead lub Luton, zainteresuj się tym przewoźnikiem. Bilet autobusowy z lotniska do centrum Londynu kupiony na miejscu i kierowcy kosztuje 10 funtów (50zł...). Jeśli zainteresujesz się odpowiednio wcześnie, na stronie easyBus możesz kupić taki sam bilet nawet za 2 funty. Mi się udało, szukałam około 2 miesięcy wcześniej. Po co przepłacać? ;)

To tyle, jeśli chodzi o Londyn. Wyjazd bardzo pozytywny i do powtórki w przyszłości ;)

12 lutego 2014

12 lutego 2014

8 lutego 2014 - ta data na zawsze pozostanie bardzo ważną w kalendarzu moich wspomnień. Dzień ten zaplanowany został już w połowie października i po prawie 4 miesiącach, a właściwie 10 latach wreszcie nadszedł :)

Już dwa tygodnie wcześniej zaczęłam się mocno stresować, bo ciągle pozostawało mi wiele spraw do załatwienia, ogarnięcia, dogrania tak, aby wszystko wyszło jak najlepiej. Do stracenia w razie porażki było wiele... Co chwila wchodziłam na flightradar żeby sprawdzić, czy kolejny samolot na trasie Lublin (Świdnik) - Londyn (Luton) wystartował i doleciał na czas. Sto razy sprawdzałam, czy na pewno mam wszystkie dokumenty, bilety i karty pokładowe. Pisałam maile do Anglii aby upewnić się, że nie będę miała problemów z odebraniem biletów na koncert. W końcu - wszystko wydawało się być gotowe.

W dniu wylotu pogoda była dobra - nie padało ani nie było mgły, byłam więc spokojna o to, że wylecimy na czas. Piętnaście minut przed wyjściem z domu jeszcze raz sprawdzałam, czy na pewno mam wszystkie potrzebne papiery i upychałam swoje rzeczy do małego podręcznego plecaka, co chwila dokładając nowe, aż w końcu odkryłam, że ma szans, aby wszystko się zmieściło... Stwierdziłam wtedy, że to olewam i na szybko spakowałam się w plecak zbliżony rozmiarem do tego, który zwykle biorę ze sobą na stopa. Na bagaż podręczny nijak nie wyglądał, ale ku mojej wielkiej radości bez problemu przeszedł przez odprawę :D

Na lubelskim lotnisku co chwila patrzyłam na zegarek, aby sprawdzić, czy nie mamy opóźnień. Starałam się zachować spokój, ale kiedy nadeszła planowana godzina odlotu, a ja ciągle stałam w zatłoczonej (bo zdecydowanie za małej) hali odlotów, zaczęłam się denerwować. W końcu po 20 minutach przedłożonego czekania przepuścili nas przez bramki i poszłyśmy do samolotu, ja wreszcie szczęśliwa, że wszystko będzie ok... 

Niestety chwilę później sprawdziły się moje najgorsze obawy. Dowiedzieliśmy się, że samolot nie wystartuje jeszcze przez najbliższą godzinę. Przez opóźnienie straciliśmy swój czas na start i musieliśmy poczekać, aż zwolni się miejsce w przestrzeni lotniczej. Oznaczało to, że najprawdopodobniej nie zdążę na zarezerwowany i opłacony wcześniej autobus (easyBus za zawrotną cenę 2 funtów) i będę musiała wydać kolejne 10 funtów na następny bilet, co zupełnie mi się nie uśmiechało. O 19 czasu angielskiego musiałam być w Londynie na Shepherd's Bush Green i żadne spóźnienia nie wchodziły w grę. Byłam podłamana i zdenerwowana na maksa, zła, że przez ostatnie dwa tygodnie wszystkie samoloty odlatywały punktualnie, a akurat mój musiał być opóźniony. Żałowałam, że nie wykupiłam jednak tego ubezpieczenia od spóźnienia - przy godzinnym spóźnieniu dostałabym na swoje konto wizzair odszkodowanie w wysokości 100 euro.

W końcu wystartowaliśmy i co chwila patrzyłam na zegarek sprawdzając czas, choć i tak nie miałam wpływu na to, o której wylądujemy. Do Luton dotarliśmy ostatecznie o 14:35, czyli 1h i 10 minut po czasie. Zanim wyszliśmy z samolotu, minęło kolejne kilkanaście minut. Mój bilet na busa był ważny do 15:10, więc liczyła się dla mnie każda sekunda. Miałyśmy jeszcze trochę czasu, ale musiałyśmy jeszcze przejść przez kontrolę dokumentów, a potem znaleźć stanowisko odjazdu. Naszego biegu przez terminal w Luton chyba nigdy nie zapomnę :)

Stanowisko znalazłyśmy bez problemu, ale nasz bilet za 10 minut tracił ważność, a nie wiedziałyśmy, czy do tego czasu przyjedzie jakiś autobus. Starałyśmy się więc na szybko ogarnąć jakiegoś innego busa. W międzyczasie zadzwonił mi telefon - nieznany numer, więc postanowiłam odebrać myśląc, że może to coś ważnego. Tymczasem po drugiej stronie słuchawki odezwał się jakiś kobiecy głos mówiący tonem ankietera, informującego o promocji w Playu albo naganiacza z Empiku (sic!). Zanim kobieta się przedstawiła, minęło chyba z półtorej minuty i straciłam cierpliwość, powiedziałam, że nie mogę teraz rozmawiać i rozłączyłam się, nie dowiadując się nawet, w jakiej sprawie dzwoniła. Cóż, trudno ;) To był zdecydowanie najgorszy moment na zawracanie mi głowy.

Nagle, ku naszemu szczęściu, stała się niesamowita rzecz i przyjechał upragniony autobus. Kierowca przyjął nasze bilety i kiedy z ulgą siadłyśmy w fotelach, była godzina 15:05 ;) Miałyśmy niesamowite szczęście. Ciągle byłam zdenerwowana, ale połowę zmartwień miałam już za sobą. Było już dosyć późno, a miałyśmy jeszcze mnóstwo rzeczy do załatwienia.

40 minut później dotarłyśmy na Baker Street, skąd musiałyśmy się szybko dostać na stację Paddington, gdzie byłyśmy umówione z Rianne - nasza hostką z Couchsurfingu. Chciałyśmy podjechać metrem z Marylebone, ale nijak nie umiałyśmy kupić ani doładować karty Oyster, więc stwierdziłyśmy, że zanim ktoś wyjaśni nam, jak to zrobić, szybciej dojdziemy na piechotę :D Trochę pobłądziłyśmy, ale i tak w miarę szybko dostałyśmy się na Paddington, skąd odebrała nas Rianne (i przy okazji pomogła kupić bilety - dozgonna wdzięczność za pomoc dwóm sierotom :P). Do jej domu dotarłyśmy jakoś przed 17, miałyśmy więc pół godziny na przebranie się i ogarnięcie, bo chciałyśmy pojechać na Shepherd's Bush jeszcze przed 18, aby odebrać bilety. Kiedy już wyszłyśmy z domu i wsiadłyśmy do metra, moja ekscytacja sięgała zenitu i nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę :) Za trochę ponad godzinę miało się spełnić największe z moich dotychczas niespełnionych marzeń i jeszcze to do mnie nie docierało.

Po wyjściu z metra okazało się, że pada deszcz i strasznie wieje. Moja parasolka nie podołała angielskiej pogodzie i po chwili na przejściu dla pieszych zrobiła eleganckiego tulipana. Ciągle szarpiąc się z parasolem, dotarłam w końcu do celu - O2 Shepherd's Bush Empire.

Przed wejściem zaczęła się już ustawiać kolejka, choć było jeszcze ponad godzinę do otwarcia drzwi. Szybko odebrałam nasze bilety, prawie piszcząc z radości na widok napisu Ron Pope and Wakey!Wakey! + special guest Alexz Johnson. Czekałam pół życia na chwilę, w której będę trzymała w ręce taki bilet ;)

Miałyśmy przed sobą prawie godzinę stania na deszczu. Już wtedy wiedziałam, że wzięłam ze sobą za lekkie ciuchy i że w Anglii wcale nie jest tak ciepło, jak pokazują termometry. Przypomniałam sobie też, że ostatni raz cokolwiek jadłam w samolocie, więc wyciągnęłam wszystko, co miałam do jedzenia, czyli kanapkę i jakiegoś batona. Z wrażenia nawet nie byłam specjalnie głodna :) Cieszyłam się, że przyszłyśmy dużo wcześniej, bo byłyśmy jednymi z pierwszych osób w powiększającej się kolejce. Alexz grała jako pierwsza (była wykonawcą supportującym), więc nie mogłyśmy się spóźnić.

W pewnym momencie zauważyłam u dziewczyny stojącej przede mną pierścionek z gwiazdą - istny znak rozpoznawczy dla fanów Alexz, bo jako odtwórczyni roli Jude Harrison w Instant Star nosiła podobny przez wszystkie cztery sezony. Chwilę później okazało się, że ta dziewczyna jest Polką :D Ewelina mieszka w Londynie od kilku lat i rzeczywiście przyszła na koncert ze względu na Alexz. A więc, było nas więcej ;)

Wreszcie zaczęli wpuszczać. Nie zostawiając nawet kurtek w szatni (nieźle zmarłyśmy) od razu pobiegłyśmy w kierunku sceny, gdzie zebrała się już grupka ludzi. Widziałam naprędce powstające kartki typu "Italy loves you!" pisane przez grupkę Włochów, przygotowywane aparaty i flagi z różnych europejskich państw. Ten moment był zdecydowanie ważny i wszyscy na niego czekali. W międzyczasie po scenie kręcił się pan z obsługi, który podłączał sprzęt, m.in. gitarę Alexz.


Nie da się opisać momentu, w którym Alexz wyszła na scenę i kiedy po 10 latach oglądania jej tylko na zdjęciach i filmach wreszcie mogłam zobaczyć ją naprawdę, kiedy dzieliło mnie od niej zaledwie kilka metrów. Kiedy zaczęła grać Walking, emocje wzięły nade mną górę i po po prostu się poryczałam, a wraz ze mną wiele innych osób. To był strasznie wzruszający moment, kiedy usłyszałam jej głos płynący z głośników, mogłam po raz kolejny, a jednocześnie po raz pierwszy naprawdę się w niego wsłuchać. To był jeden z jej pierwszych występów w Europie i wielu ludzi podobnie jak ja od lat czekało na ten występ. Przez pierwsze trzy piosenki zupełnie nie mogłam się pozbierać, stałam, patrzyłam i płakałam nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Rzadko zdarza mi się doświadczyć tak silnych emocji...

Ta chwila - tego nie da się opisać!

Walking - Alexz Johnson. (08/02/14, Shepherd's Bush Empire, London)  

 

- she's gonna play right now, how do you feel?
- I wanna cry...

To był jeden z jej pierwszych występów w Europie. Pod sceną była dosłownie garstka ludzi, za to ludzi przybyłych z całego kontynentu - z Francji, Włoch, Belgii, Polski, Irlandii... Pojawiały się kartki, okrzyki oraz flagi z przeróżnych państw, pstrykały aparaty i kręciły się filmy.

Może ktoś powie, że to wariactwo lecieć taki kawał i kupować bilet na koncert tylko po to, żeby pójść na support, zaledwie półgodzinny i akustyczny koncert... Ale to jest właśnie Alexz, która ma właśnie takich fanów. Takich, którzy rzucą wszystko i polecą, żeby choć przez chwilę jej posłuchać, nie licząc się ani z czasem, ani z pieniędzmi, ani z jakąkolwiek logiką. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie tam nie być. To był dla mnie jeden z najbardziej wyjątkowych momentów i jedyne, czego żałuję to to, że koncert był taki krótki. I że zawracałam sobie głowę robieniem setek zdjęć, zamiast po prostu stać i słuchać. Towarzyszyły mi tak silne emocje, połowę koncertu przepłakałam i w efekcie chyba niewiele z niego pamiętam, ale chyba po prostu sama nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić i jak najlepiej przeżyć te chwile.

Alexz na scenie jest magiczna!


 




Po występie zeszła z niej cicho, podobnie jak i na nią weszła. Bez zbędnych zapowiedzi, powitań, a pozostawiła po sobie o wiele więcej wrażeń niż jakikolwiek inny opiewany i lansowany wykonawca.

Po jej występie przyszła kolej na Wakey!Wakey! (wtf?!), z którym śpiewała potem jeszcze jedną piosenkę. Po ich występie nadeszła kolej na główną gwiazdę wieczoru, czyli Rona Pope'a. Kiedy wyszedł na scenę, Wiola powiedziała, że chciałaby to jakoś skomentować, ale wywróciło jej mózg na lewą stronę :D Delikatnie mówiąc, występ szału nie robił, nie chciało nam się stać w tłumie i hałasie, więc poszłyśmy posiedzieć w holu, gdzie spotkałyśmy inne dziewczyny z Polski również czekające na Alexz :D Okazało się, że Alexz przyszła tam na chwilę tuż po swoim występie, ale tylko kilka osób się zorientowało i zdążyło sobie zrobić z nią zdjęcia (m.in. Ewelina). Kiedy zaczął grać Ron Pope, nie mogła już rozdawać autografów (nie można tego robić, jeśli na scenie występuje inny wykonawca), więc powiedziała, że później wróci.

Zabawna (hmm, jak dla kogo!) sytuacja - do Eweliny podeszła jakaś dziewczyna z Francji i spytała jej, czy wie, kiedy przyjdzie Alexz. Ewelina postanowiła ją wkręcić, że Alexz przecież już była i że już poszła i pokazała jej zdjęcia z nią. Dziewczyna była tak zdruzgotana, że zaczęła płakać :D Oczywiście chwilę później została pocieszona :P W międzyczasie, kiedy siedziałyśmy na schodach w holu, podszedł do nas jeden z ochroniarzy i zapytał, dlaczego tu siedzimy, przecież tracimy występ... :P

Jakiś czas później Ron Pope skończył (wreszcie...) grać i nadszedł moment, na który czekałam pół życia ;) Ochroniarze pokierowali nas z powrotem do sali koncertowej i powiedzieli, że Alexz będzie w okolicach merch table. Ustawiłyśmy się tam, rozglądając się naookoło i czekając na nią. Trzymałam w ręku kopertę z kartką, którą przywiozłam dla niej z Polski. Była niesamowicie pognieciona, bo miała za sobą kilka godzin podróży i przeżyła to nie najlepiej, właściwie to było wstyd ją w ogóle dawać, ale ważniejsza była nie sama kartka, ale to, co napisałam na jej odwrocie. Nie chciałam tylko wziąć autografu, ale przede wszystkim dać też coś od siebie.

W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś przepycha się w tłumie i mówi do mnie "Sorry!", odwróciłam się i okazało się, że to Alexz :) Ewelina zapewniła mnie, że to naprawdę ona i że nie mam zwidów, więc podeszłam do niej i... wow. Zaczęłam jej dziękować za koncert i powiedziałam, że mam coś dla niej, zaczęłam przepraszać, że to nic specjalnego i że jest w takim fatalnym stanie, ale przeleciało dzisiaj przez pół Europy... Niesamowicie się ucieszyła, podziękowała mi i obiecała, że przeczyta w busie. Szczęśliwie Wioli udało się uwiecznić ten moment ;)


Chwilę wcześniej jakaś dziewczyna dała jej nagraną przez siebie płytę. To był dopiero prezent ;)

Dotarło do mnie wtedy, że choć śledzę karierę Alexz od lat, nigdy jakoś dobrze nie zastanowiłam się nad tym, jaka właściwie jest prywatnie - odkryłam, że zawsze patrzyłam na nią przez pryzmat ról, jakie grała w filmach (przede wszystkim w Instant Star). Tymczasem okazało się, że jest niesamowicie ciepłą, serdeczną, po prostu kochaną i przy tym bardzo skromną osobą. Nie wyróżniała się zupełnie niczym w tłumie. Była zaskoczona, że przyjechało tak wiele osób z całej Europy tylko po to, żeby zobaczyć jej występ. To dodatkowo mnie wzruszyło i utwierdziło w tym, że przez te wszystkie lata darzyłam tak wielką sympatią właściwą osobę.

Przez kolejne kilkanaście minut mnóstwo ludzi robiło sobie z nią zdjęcia, a ona przez cały czas trzymała w ręce kopertę z moją kartką. Ja biegałam naookoło z aparatem i próbowałam jak najlepiej uwiecznić te chwile ;) To było świetne, że nie rozdawała autografów za żadnym stołem, tylko po prostu wyszła do ludzi, gdzie można było z nią porozmawiać, zrobić sobie z nią zdjęcia... MEGA!!!






Kiedy tłum się przerzedził i ludzie się rozeszli, na koniec zostałyśmy tylko my - ja, Wiola i Ewelina. Wtedy jeszcze chwilę z nią porozmawialiśmy :) Pytałam, jak podoba jej się trasa i zapytałam, kiedy znów przyjedzie do Europy. Powiedziała, że niestety nie wie, bo dojazd tutaj jest bardzo drogi, a teraz musi przeznaczyć pieniądze na nagrania nowej płyty i na kolejną trasę po USA. Szkoda, ale teraz z całą pewnością potrwa to krócej niż 10 lat ;) Opowiadała nam trochę o trasie i podróżowaniu, jazdą nocą w busie do kolejnego europejskiego miasta... Wspominałyśmy przy okazji czasy Instant Star i jej piosenkę "White Lines"... dacie wiarę?!!!! ;)

To było niesamowite, stać i rozmawiać z nią tak po prostu, słyszeć ten znajomy głos, który w rozmowie okazał się być zdecydowanie lżejszy i cichszy niż zawsze mi się wydawało. Na koniec pożegnałyśmy się z nią i życzyłyśmy wszystkiego dobrego. Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam, czy mogę ją uściskać :) To była dla mnie tak niesamowita chwila... Moje marzenie spełniło się i to piękniej, niż kiedykolwiek się spodziewałam!! :)


Spytacie może, czy było warto kupować specjalnie bilety, lecieć taki kawał drogi, wydać pieniądze, stresować się... Jeśli ktokolwiek ma co do tego wątpliwości, to powiem wam, że BYŁO WARTO. Spełniłam marzenie z najwyższej półki i naprawdę, na chwilę obecną chyba nie ma już nic wyżej. Tego nie da się przeliczyć na żadne poświęcenie ani pieniądze.

Myślałam, że kiedy wreszcie spotkam Alexz, będę już w stu procentach usatysfakcjonowana, ale czuję straszny niedosyt i chyba z jeszcze większym utęsknieniem niż wcześniej oczekuję na jej kolejny koncert. Mam nadzieję, że tym razem będzie to jej własna trasa. I, podobnie jak tym razem, nieważne gdzie i nieważne kiedy - po raz kolejny rzucę wszystko i tam pojadę. I będę znowu odliczać dni albo kolejne lata. I też dam jej wtedy swoją własną płytę! Tak się składa, że prace nad nią ruszają w przyszły weekend ;)


Trzymajcie kciuki! :) Ja swoje niezmiennie trzymam za Alexz bardzo, bardzo mocno.

PS. Na drugi dzień po koncercie na profilu Alexz pojawił się taki post ;)