Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Chinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o Chinach. Pokaż wszystkie posty

9 stycznia 2015

9 stycznia 2015


Czasem wchodzę na fora o nauce języków i łapię się za głowę. Ludzie wypisują tam niestworzone rzeczy, które potem inni czytają, zaczynają w to wierzyć i dalej rozpowszechniają. Przez to w naszej świadomości krąży mnóstwo mitów, które przeważnie głoszą, jak potwornym, trudnym i niemożliwym do opanowania jest język chiński. A tymczasem... jak to wygląda naprawdę i dlaczego nie jest aż tak straszne? :) 

Naukę chińskiego rozpoczynałam  od zera ponad dwa lata temu. Dziś potrafię porozmawiać po chińsku, zrozumieć w większości czytany tekst, rozpoznać około 2000 znaków. Nie umiem jeszcze wszystkiego i podejrzewam, że nigdy nie będę umiała, ale i tak osiągnęłam całkiem fajny poziom. Kosztowało mnie to sporo pracy, ale myślę, że w rzeczywistości okazało się to dużo mniejszym wyzwaniem, niż spodziewałam się na początku. Przyszedł więc czas na obalenie tych wszystkich złych mitów, które sprawiają, że język chiński straszy. Jeśli zastanawiasz się nad rozpoczęciem nauki, ale obawiasz się, że okaże się to zbyt trudne, przeczytaj ten tekst.


MIT nr 1: Potrzeba całego życia, aby nauczyć się chińskiego.
Tak samo, jak potrzeba całego życia na naukę angielskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego czy jakiegokolwiek innego języka. W tej materii język chiński nie różni się niczym od innych. W końcu niezależnie od tego, jak długo się uczymy, zawsze trafimy na słówko, idiom czy zagadnienie, którego nie będziemy znali. Nigdy nie dojdziemy do momentu, w którym będziemy wiedzieli już wszystko - zawsze będzie istniała możliwość i potrzeba rozwoju. Taka jest ogólna specyfika nauki.
W rzeczywistości aby się porozumiewać, a nawet używać języka chińskiego w pracy zawodowej wystarczy kilka lat. Co prawda kilka lat intensywnej nauki, ale możliwe jest opanowanie go w takim czasie ;)

MIT nr 2: Chiński to najtrudniejszy język świata.
To bzdura - jest mnóstwo innych języków, które mają dużo trudniejszą wymowę i gramatykę. Przykładem tego jest chociażby polski. Wyobrażacie sobie naukę odmiany przez przypadki, liczby i osoby wszystkich słów po kolei?! Jeśli chodzi o chiński - owszem, musimy się nauczyć znaków, ale za to gramatyka jest bardzo prosta. Nie musimy zapamiętywać żadnych form, rodzajników, końcówek, uczyć się odmian, czasów, trybów czy przypadków, jakie występują w większości języków europejskich. To takie "Kali jeść, Kali pić". Łatwizna!
Dla przykładu: po polsku mówimy "ja dzisiaj idę", "ja jutro pójdę", "my jutro pójdziemy". Żeby powiedzieć poprawnie takie zdania, obcokrajowiec uczący się naszego języka oprócz słowa "iść" w bezokoliczniku musi zapamiętać jeszcze kilka jego form. Po chińsku za to powiemy: "ja dzisiaj iść", "ja jutro iść", "my jutro iść". I to cała filozofia. Prawda, że proste? ;) Ze względu na gramatykę myślę, że nam dużo łatwiej jest nauczyć się chińskiego niż Chińczykom polskiego.

MIT nr 3: Europejczyk nie może poprawnie mówić po chińsku, ponieważ nie ma odpowiednio wykształconych strun głosowych, które umożliwiłyby wypowiedzenie chińskich głosek.
To po części prawda. Niektóre narody mają problem z wypowiedzeniem i odróżnieniem niektórych dźwięków, takich jak "cz" i "dż", "sz" i "ż", "c" i "dz", "ci" i "si". Ale przecież nie my, Polacy? :)
Prawda jest taka, że wymowa chińska wcale dużo nie różni się od polskiej. I tu, i tu występują praktycznie te same głoski, które my bez problemu wypowiadamy, w przeciwieństwie do niektórych innych narodów, chociażby Anglików. I tak ze względu na specyfikę naszego ojczystego języka stoimy od razu na bardziej uprzywilejowanej pozycji i to, z czym inni często się męczą, dla nas jest naturalne i łatwe. Z moich obserwacji wynika, że niezłą wymowę mają też Francuzi. 
Jako ciekawostkę dodam, że wielu Chińczyków też wypowiada źle niektóre dźwięki, mimo, że to ich własny język. Na potęgę mylą "sz" z "s", "c" z "cz", a nawet "n" z "l" (przez to czasem ciężko ich zrozumieć :P).

MIT nr 4: Chiński alfabet ma kilka milionów znaków. 
Najpierw trzeba zaznaczyć fakt, że nie istnieje coś takiego jak chiński alfabet. Każde słowo zapisuje się oddzielnym znakiem, który trzeba zapamiętać, bądź kombinacją 2-3 znaków mających własne znaczenia. Wszystkich jest około 50 000, ale na co dzień używa się około 2500-3000. I nie, Chińczycy też nie znają wszystkich i tak, też robią błędy przy pisaniu :)
Dobra wiadomość jest taka, że znaki nie są skonstruowane przypadkowo. Składają się z powtarzających się elementów zestawionych logicznie, dzięki czemu nie jest tak trudno się ich nauczyć. Istnieje zasada: im więcej ich znamy, tym łatwiej jest uczyć się kolejnych. Dlatego też początki są trudne, ale po zapamiętaniu kilkuset znaków następne wchodzą do głowy już prawie automatycznie. Posłużę się fajnym cytatem:
"Znaki trzeba rozumieć. Dlatego nie ma sensu zaczynać się uczyć nowych znaków bezmyślnie z listy pod czytanką. Zapamiętanie losowo uporządkowanych znaków graniczy z cudem. Jedyna możliwość na ich naukę to ciągłe zapisywanie, ciągle i na nowo, ciągłe powracanie do konkretnych znaków, a tak naprawdę po krótkim czasie one i tak uciekną z głowy. Całkowicie pozbawione sensu jest uczenie się znaków bez rozumienia tego, w jaki sposób powstały i z czego się składają. Jest to totalnie nieefektywne i nieskuteczne." (źródło - polecam cały artykuł)
Tak więc trzeba jak najwięcej pisać, opierać naukę na skojarzeniach i nie przejmować się, jeśli znaki ciągle wypadają nam z głowy ;)

MIT nr 5: Języka chińskiego można się nauczyć tylko będąc w Chinach.
Wyjazd do Chin nie gwarantuje tego, że tam lepiej nauczymy się języka. Przewaga między nauką w kraju docelowym a ojczystym jest taka, że tam masz więcej okazji, żeby rozmawiać i słuchać. Możesz jednak tych okazji nie wykorzystywać, jeśli będziesz przebywał głównie w gronie obcokrajowców i miał sporadyczne kontakty z Chińczykami, co czasem się zdarza na wyjazdach na stypendium czy do szkół językowych. Za to możesz nawiązać kontakt z Chińczykami mieszkającymi w Polsce, spotykać się z nimi i po prostu rozmawiać - wyjdzie na to samo, albo nawet lepiej :) Tak było w moim przypadku. Umawianie się na kawę ze znajomymi Chinkami w Polsce dało mi dużo więcej niż dwa miesiące w Chinach, gdzie przebywałam głównie w międzynarodowym środowisku i musiałam rozmawiać po angielsku.
Jeśli chodzi o to, czy lepszy jest nauczyciel chiński czy polski, zdecydowanie polecam Polaka. Między nami a Chińczykami jest tak duża przepaść kulturowa, że ich metody nauczania na ogół się na nas nie sprawdzają. Tak więc - lekcje z Polakiem, kawa z Chińczykiem i mamy złoty środek :)

MIT nr 6: Nie ma sensu uczyć się chińskiego, bo i tak w każdej prowincji mówi się inaczej.
To, że każdy region ma swój własny dialekt, jest prawdą. Jest ich bardzo dużo i niektóre z nich różnią się na tyle, że osoby posługujące się nimi nie mogą się dogadać. Dlatego właśnie uczymy się chińskiego mandaryńskiego, czyli standardowego, obowiązującego w całych Chinach. Jest on powszechnie rozumiany i można się w nim porozumieć właściwie z każdym. Nawet, jeśli mieszkańcy danej prowincji z rodziną i znajomymi mówią w dialekcie, w bardziej formalnych sytuacjach będą posługiwali się mandaryńskim. Osoby, które rzeczywiście znają tylko lokalny język, zdarzają się sporadycznie i są to zazwyczaj osoby starsze. Raczej nie zdarzy się więc, że będąc w Chinach nie dogadamy się przez nieznajomość dialektów ;)

MIT nr 7: Żeby w ogóle myśleć o nauce chińskiego, trzeba mieć szczególne zdolności językowe.  
Nie wiem, czy w ogóle istnieje coś takiego jak uzdolnienia językowe. Wydaje mi się, że w większości przypadków to tylko wymówka do tego, żeby się nie uczyć, jeśli komuś się nie chce. W końcu każdy z nas nauczył się języka ojczystego, więc z pewnością mamy też potencjał do przyswajania kolejnych. A języki są ważne, koniec, kropka!
Według mnie wszystko jest kwestią dobrania odpowiedniej metody. Jeśli do tej pory uczyłeś się języków tylko z zajęć w szkole, z podręczników, robiąc multum ćwiczeń gramatycznych bez nabywania umiejętności praktycznych, to nic dziwnego, że nie masz chęci do nauki ;) Sposoby na naukę języków to temat na oddzielny wpis, ale wracając do chińskiego - myślę, że nie potrzeba do niego szczególnych zdolności. Owszem, pamięć wzrokowa (nauka znaków) czy słuch muzyczny (wymawianie tonów) to przydatne talenty, ale można obejść się bez tego. Wśród uczących się chińskiego jest niewiele osób, które są w stanie opanować wszystkie aspekty tego języka perfekcyjnie. Jedni mają świetną pamięć do znaków, drudzy mówią dobrze w tonach, a inni nie mają ani tego, ani tego, ale za to mają ponadprzeciętne wyczucie językowe i gramatyczne. 

Rzeczą, która jednak przyda się na pewno, są chęci i determinacja. Ten język nie jest aż taki trudny, ale jego nauka i tak wymaga sporej pracy i poświęceń - tak jak nauka jakiegokolwiek innego języka. Bo najważniejsza jest tu właśnie świadomość, że chiński wcale nie jest trudniejszy od języków europejskich - po prostu jego trudność polega na czymś innym. Jeśli więc pomału przestajesz bać się chińskiego, zaczynasz wierzyć w to, że się go nauczysz i jesteś odpowiednio zmotywowany - możesz zaczynać! :)

I na koniec bonus w postaci najbardziej absurdalnego mitu, a właściwie odpowiedzi na nurtujące wielu pytanie: "A czym wy piszecie te znaki?"
Najczęściej długopisem. Albo ołówkiem. I na normalnej kartce, nie na papirusie czy korze bambusowej. Ludzie, w Chinach też mieszkają ludzie! :P

6 marca 2014

6 marca 2014

Dzisiaj naszło mnie na napisanie już nieco zaległego postu na temat dalszego ciągu wycieczki do Londynu :) Po koncercie Alexz miałyśmy bowiem jeszcze przed sobą dwa dni zwiedzania - jak widać po zdjęciach i relacji, nie ogarnęłam za bardzo tej kwestii, bo zajęłam się głównie koncertem i nasze zwiedzanie było trochę mało świadome i zaplanowane, ale mimo wszystko udało się zobaczyć kawałek miasta :)

Polubiłam się z Londynem, nawet bardzo. Na kilka tygodni przed wyjazdem żałowałam, że zdecydowałam się na to miasto, bo zależało mi przede wszystkim na koncercie, a Londyn jest w końcu drogi, wielki i trudny w obsłudze. Jednak dzięki pomocy osób bardziej zorientowanych w temacie (a zwłaszcza Hani - dzięki!) udało się w końcu ogarnąć kwestie poruszania po mieście, biletów i logistycznego zaplanowania całego wyjazdu.

Na wstępie napiszę, że niespodziewanie najbardziej w Londynie zachwycił mnie język. Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, przez tyle lat nauki (z czego kilka ostatnich bez absolutnie żadnych postępów) zdążyłam już nabrać do niego awersji. W Anglii jednak po raz pierwszy w życiu miałam styczność z prawdziwym, niekaleczonym angielskim i po raz pierwszy mówienie było dla mnie nie tylko niezbędnym narzędziem komunikacji w obcym państwie, ale prawdziwą przyjemnością. I choć w Polsce nie brakuje mi kontaktu z tym językiem (a wręcz momentami mam go nadmiar), dopiero w Anglii naprawdę zobaczyłam, co znaczy prawdziwy brytyjski angielski :) I zakochałam się w nim! Do tego stopnia, że rozważam jakiś dłuższy wyjazd w te rejony tylko po to, aby móc poćwiczyć język. Naprawdę, nawet te dwa dni tam dużo mi dały i czuję, że gdybym pomieszkała tam choćby miesiąc, wreszcie zrobiłabym postęp. Olać wszystkie lekcje i kursy! Wyjazd do Anglii bardzo polecam :)

Tak jak wspominałam w poście o koncercie, do Londynu przyleciałyśmy samolotem z Lublina, dostałyśmy się z Luton do centrum easyBusem, a nocleg znalazłyśmy przez couchsurfing. Naszą hostką była Holenderka Rianne. To był mój piąty raz, jeśli chodzi o CS, i kolejny bardzo pozytywny :)


Na drugi dzień po koncercie zwiedzanie miasta rozpoczęłyśmy od Hyde Parku, bo mieszkałyśmy tuż obok. To miejsce zdecydowanie lepiej jest odwiedzić w lecie, podobnie zresztą jak każdy inny park. Przeszłyśmy się nim chwilę, a potem poszłyśmy na metro i pojechałyśmy do Buckingham Palace. Tam odwiedziłyśmy sklep z pamiątkami, który oczywiście nie był zbyt tani, ale przynajmniej miał ładne wystawy :P





Potem przeszłyśmy się do Westminster zobaczyć Parlament, Big Ben i London Eye.







Ciąg dalszy spaceru po mieście:

bez tych napisów byłoby słabo ;)

Trafalgar Square


Wieczorem wybrałyśmy się wraz z Rianne do Chinatown. To była chyba najciekawsza część całej wycieczki :) To było niesamowite uczucie - skręcasz w jedną uliczkę i nagle czujesz, jakbyś był w innym świecie. Zamiast angielskiego wszędzie naokoło słychać chiński, widać tylko Azjatów (no i turystów :P), a dekoracje (akurat noworoczne :)) sprawiają wrażenie, jakby naprawdę było się w Chinach.





W Chinatown wybrałyśmy się do chińskiej restauracji. Jeszcze do niedawna nie znosiłam azjatyckiego jedzenia, miałam do niego uraz przez te wszystkie chińskie bary w Polsce, w których jedzenie jest po prostu ohydne (tłuste, śmierdzące i ciężkostrawne), ale po spróbowaniu prawdziwego chińskiego jedzenia przyrządzonego przez Chińczyków zmieniłam zdanie. To jedzenie jest naprawdę dobre :) To zamówione w tej restauracji też było smaczne (smażony makaron z kurczakiem i warzywami). Skusiłam się jeszcze na spróbowanie bubble tea, czyli perłowej herbaty (wybrałam smak mango). Słyszałam o niej wcześniej, ale nie wiedziałam dokładnie, co to jest. Wygląda ona tak:
Źródło: http://foodigital.com

Niestety, ni tam mango, ni herbaty :P Smakowało to jak rozcieńczone wodą mleko z okropnymi, bezsmakowymi, czarnymi żelkami na dnie. To były najgorzej wydaje 3 funty mojego życia i wielkie rozczarowanie. Nie wiem, czy każda bubble tea tak smakuje, ale generalnie nie polecam.

Wcześniej byłyśmy także w chińskim sklepie (bardzo ciekawe doświadczenie :P). Byłyśmy w nim chyba jedynymi turystkami, naokoło wszechobecny język chiński, chińska muzyka w głośnikach i kolejka dosłownie przez cały sklep. Nie było się gdzie ruszyć... Za to na końcu kolejki było aż siedem kas. Zakupy robiło się tam prawie że tak, że po wejściu ustawiało się w tej wielgachnej kolejce i poruszając się w niej, wybierało się rzeczy z półek i wkładano do koszyka. W ten sposób kupiłam kilka niepotrzebnych rzeczy "na spróbowanie". Jednym z takich produktów był ten oto napój:


Patrząc na opakowanie, ciężko stwierdzić, czym jest ów "Grass jelly drink", w dodatku o smaku banana. Otóż smakował on jak odgazowana cola (co do banana - ciężko stwierdzić), a na dnie miał bardzo drobne żelki, podobne do tych dobrze nam już znanych z bubble tea, tylko jeszcze gorszych, no bo drobnych. Ja nie wiem, co oni mają z tymi żelkami, przecież to obrzydlistwo. Byłam dzielna, ale nie podołałam.

Dodam jeszcze, że ten sklep był bardzo tani jak na realia Londynu i można tam było kupić dosłownie wszystko - chińskie przyprawy, octy, oleje, słodycze... W Polsce takie rzeczy są nieosiągalne! Chętnie kupiłabym coś więcej, ale niestety miałam ograniczenia w kwestii bagażu.


Po kolacji jeszcze raz przeszłyśmy się na Westmister, żeby zobaczyć London Eye i Parlament nocą.


Wiola, ja i Rianne :)

Na drugi dzień zaczęłyśmy zwiedzanie od okolic Tower Bridge i London Bridge. Pogoda była średnia, trochę padało.



Potem pojechałyśmy do słynnego British Museum. Wstęp tam jest darmowy, więc czemu by nie zajrzeć?

Muzeum jest potężnym gmachem. Budynek jest przepiękny, robi ogromne wrażenie, zarówno z zewnątrz, jak i w środku.





Jeśli chodzi o ekspozycję, na dobrą sprawę nie ma tam nic ciekawego - ot, takie tam muzeum, może się nie znam, ale nic mnie szczególnie nie ujęło. W dodatku jest tak wielkie, że chodziłyśmy po nim prawie dwie godziny, a nie zobaczyłyśmy nawet połowy. Polecam jednak się tam wybrać, chociażby po to, żeby zobaczyć sam gmach od środka - naprawdę warto!

Po wyjściu z muzeum pojechałyśmy do dzielnicy Camden, gdzie znajduje się spore targowisko oraz mnóstwo barów z azjatyckim jedzeniem. Na targu można właściwie kupić to, co w Polsce, czyli koszulki z przeróżnymi nadrukami, podróbki, pamiątki, obudowy na telefon i tego typu rzeczy. Za to jedzenie azjatyckie znowu pozytywnie mnie zaskoczyło :) Miejsce jest bardzo kolorowe, sympatyczne, można sobie posiedzieć i odpocząć nad brzegiem kanału (trudno było o miejsce siedzące).

Trochę zdjęć:






Potem się zachmurzyło i zaczęło padać, więc zeszłyśmy do metra i pojechałyśmy zobaczyć główną ulicę Londynu (Oxford Street), potem wybrałyśmy się na chwilę do Harrod's - najdroższego i najbardziej ekskluzywnego centrum handlowego w mieście (i zapewne nie tylko w mieście...). Miejsce naprawdę robiło wrażenie, choć było tam zdecydowanie więcej turystów niż ludzi, którzy faktycznie coś kupowali :P

Na zdjęciach Oxford Street zaraz po deszczu :)




Na koniec wybrałyśmy się po raz ostatni do Westminster (w domu Rianne miałyśmy być po 18, więc trochę nie miałyśmy co ze sobą zrobić). Dzięki temu, że w Londynie komunikacja miejska jest tak dobra, udało nam się w krótkim czasie zobaczyć właściwie wszystko, co miałyśmy w planach, a może nawet więcej :) Poruszałyśmy się głównie metrem, ale na koniec specjalnie przejechałyśmy się jeszcze słynnym piętrowym autobusem :P

Wieczorem pojechałyśmy do Rianne po rzeczy, pożegnałyśmy się z nią i ostatnie 2-3 godziny w Londynie spędziłyśmy w kawiarni na Baker Street, skąd odjeżdżał nasz autobus na lotnisko. Lot miałyśmy dopiero o 7:30 rano, a na miejscu byłyśmy już o 23:00, noc spędziłyśmy więc niezbyt wygodnie na lotniskowych fotelach. Całe szczęście, że miałyśmy powrót do Lublina i tuż po wylądowaniu (punktualnie) byłyśmy w domu :)


Co trzeba ogarnąć przed wyjazdem do Londynu?

  • mapa - bez niej ani rusz w żadnym dużym mieście. Koniecznie taka, gdzie są zaznaczone stacje metra i miejsca przesiadek
  • Oyster Card - absolutna konieczność. Komunikacja w Londynie jest bardzo, bardzo droga (droższa niż w Oslo! a już myślałam, że nic nie przebije tamtejszych cen...). Jeden przejazd metrem kosztuje 4 funty = 20 zł (!!!). Dzięki tej karcie nie tylko możemy jeździć taniej (ok 2 funty za 1 przejazd), ale jeśli sporo jeździmy, to po około czterech, pięciu przejazdach w danym dniu zaczyna ona jakby pełnić funkcję biletu całodziennego i kolejne przejazdy nie są już naliczane (więc nie zapłacimy więcej niż 9-10 funtów dziennie). Kartę można kupić w automacie na każdej stacji metra i kosztuje ona 5 funtów, przy wyjeździe z Londynu można ją zwrócić i odzyskać tą sumę. Jeśli planujesz wyjazd do Londynu, koniecznie zorientuj się w temacie.
  • easyBus - jeśli lądujesz na lotnisku Stanstead lub Luton, zainteresuj się tym przewoźnikiem. Bilet autobusowy z lotniska do centrum Londynu kupiony na miejscu i kierowcy kosztuje 10 funtów (50zł...). Jeśli zainteresujesz się odpowiednio wcześnie, na stronie easyBus możesz kupić taki sam bilet nawet za 2 funty. Mi się udało, szukałam około 2 miesięcy wcześniej. Po co przepłacać? ;)

To tyle, jeśli chodzi o Londyn. Wyjazd bardzo pozytywny i do powtórki w przyszłości ;)

27 lutego 2014

27 lutego 2014

San Marino 2013
Na każdym kroku pod postami osób podróżujących (nie tylko podróżujących, ale w tym temacie jestem zorientowana) możemy przeczytać komentarze: "Ale ci zazdroszczę!". Zazdroszczę ci, patrząc na twoje zdjęcia z wakacji za granicą, ale ci fajnie, też tak chcę, też bym tam chętnie pojechał, zrobił to co ty... i na tym sprawa się kończy. Tak bardzo skupiamy się na tej zazdrości, że często od razu stawiamy siebie na pozycji przegranej - on ma, ja nie mogę mieć. Wpędzamy się we frustracje, mamy tytułowy ból dupy i nie robimy nic, aby to zmienić. Czy naprawdę nie możemy mieć tego, czego chcemy? A może po prostu nam się nie chce niczego zrobić w tym kierunku i czekamy, aż ktoś to zrobi za nas?

Nie mówię, że zazdrość jest zła. Jest bardzo dobra, dopóki motywuje nas do zrobienia czegoś, co pomoże nam osiągnąć to, czego zazdrościmy innym. Jeśli pod jej wpływem podejmujemy jakieś działania, staje się ona idealną siłą napędową. Jeśli nie robimy nic, jest istnym źródłem przykrości i niezadowolenia. Ale to, jak będzie, zależy tylko od nas.

Izrael 2012
Pamiętam, jak rozpaczałam, kiedy w liceum nie dostałam się na wymianę do Izraela. Nie była to kwestia osiągnięcia odpowiednich wyników, jechało się według zasady "kto pierwszy, ten lepszy". Nieważne, że byłam jedną z pierwszych osób, które się zapisały - pierwszeństwo do wyjazdu i tak miały osoby z klasy nauczycielki, która wtedy się tą wymianą zajmowała (...). Ból dupy i poczucie niesprawiedliwości były straszne, to było moje wielkie marzenie, które miało się nie zrealizować, a ja nie miałam na to wpływu.

Szczęśliwie na wymianę udało mi się dostać rok później i świetnie, bo gra była warta świeczki (pewnie kiedyś napiszę tu jeszcze na ten temat), ale dziś wiem, że nawet, gdybym wtedy nie pojechała, w tym momencie i tak wyjazd do Izraela miałabym za sobą. Byłam uparta, nie dawałam za wygraną, więc pewnie nie zmieniłabym swojego podejścia nawet po stracie szansy na wyjazd z LO i wzięłabym sprawy w swoje ręce. Od kilku miesięcy obserwuję promocje lotnicze i wiem, że jest mnóstwo tanich lotów do Izraela (chociażby na wizzair.com) i pewnie prędzej czy później kupiłabym bilet i poleciała. Bo tak naprawdę tylko o to tu chodzi - żeby kupić bilet i polecieć.

Londyn, Chinatown 2014
Wczoraj 10 osób ode mnie z roku pojechało na cały semestr na stypendium do Chin. To nic, że dostali je najlepsi, ci, którzy mieli najlepsze wyniki i sobie na nie zapracowali - i tak każda z osób, które zostały, ma ból dupy, że nie jest na ich miejscu. Nie oszukujmy się, każdy, w mniejszym czy większym stopniu. Wiadomo, fajnie jest dostać się na stypendium, ale są osoby, które zachowują się tak, jakby ten wyjazd był ich jedyną w życiu szansą na odwiedzenie Chin, która bezpowrotnie przepadła.

Spójrzmy na to w ten sposób: owszem, dostali się na stypendium, mają możliwość studiowania w Chinach oraz zapewnione zakwaterowanie, ale tak naprawdę nic poza tym. Przelot, wizy, szczepienia oraz koszty utrzymania musieli ponieść sami. Nie jest to więc kwestia pieniędzy, bo nikt im ich nie dał. Chodzi tu o to, że w tym przypadku mieli wszystko podane na tacy, załatwione przez uczelnię - i na tym polega łatwość. Nie musieli chodzić, pytać, szukać. Zostali wytypowani i po prostu pojechali. *

Może nie każdy to wie, ale są dostępne dużo lepsze stypendia. Jeśli odpowiednio się poszuka, można znaleźć nie semestralne, ale nawet kilkuletnie, zarówno w Chinach, jak i na Tajwanie. Ba, są nawet takie, które nie tylko zapewnią Ci studia, ale też zwrócą Ci pieniądze za przelot. Naprawdę, da się tak. Wystarczy tylko wyleczyć się z bólu dupy, a zamiast tego zasięgnąć informacji, popytać wśród znajomych, albo po prostu nauczyć się korzystać z Google.


Chcesz jechać do Chin, a nie dostałeś się na stypendium? 
Oto lista znanych mi sposobów na wyjazd (a jest ich co najmniej kilka razy tyle):
1. AIESEC - międzynarodowa organizacja, która umożliwia nam wyjazdy na praktyki lub wolontariat właściwie do każdego miejsca na świecie. Wystarczy odłożyć odpowiednią kwotę na bilet lotniczy, wizy (jeśli jedziesz na praktyki, ta suma prawdopodobnie Ci się zwróci). Dziś wysłałam do nich swoją aplikację :) O tym, gdzie chcę jechać, napiszę później.
2. Stypendium rządu chińskiego - tego linka dostałam kilka dni temu od znajomej, która od pół roku przebywa w Chinach. Na tej stronie możesz znaleźć stypendia do wielu państw świata, między innymi te, o których wspominałam wcześniej.

Lista ta dotyczy nie tylko Chin, ale tak naprawdę każdego miejsca na świecie!


Tak więc... opcji jest wiele, więc jeśli naprawdę chcesz pojechać, to przestań wreszcie oglądać się na innych i liczyć na to, że ktoś załatwi coś za Ciebie. Zrób to po swojemu, tak jak lubisz i potrzebujesz.

 
Oslo - Warszawa 2013
Kiedyś źle się czułam, kiedy oglądałam czyjeś zdjęcia czy relacje z wyjazdów - teraz w takich chwilach czuję zazwyczaj ogromny przypływ motywacji i inspiracji. Dlatego też sama prowadzę tego bloga - nie po to, żeby inni czytali i myśleli o tym, jak to mi jest w życiu fajnie, tylko żeby może wyciągnęli z tego coś dla siebie (jeśli, oczywiście, mają taką potrzebę). Czytając i obserwując innych, wiele się nauczyłam i dziś mam dużo większą wiedzę na temat "da się" i "nie da się". I tą wiedzę zamierzam jeszcze nie raz wykorzystać ;)


* mam nadzieję, że moje intencje zostaną odpowiednio odczytane i nikt nie poczuje się skrzywdzony :P