Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty

7 grudnia 2014

7 grudnia 2014


Są takie momenty, do których szczególnie lubię wracać. Może dlatego, że mam świadomość, iż każdy wyjazd jest niepowtarzalny i kolejna podróż z pewnością będzie inna od poprzedniej. Niekoniecznie lepsza czy gorsza - po prostu inna.

Fajnie jest po wielu miesiącach wspominać te wszystkie chwile, które były w jakiś sposób szczególne, osoby, które się spotkało, miejsca, które odwiedziło i to, co udało się osiągnąć tym razem. Fajnie jest przypomnieć sobie, jak stało się na najsławniejszym w Amsterdamie moście z wielkim plecakiem i próbując zorientować mapę, jak w jeden dzień zeszło się na piechotę całą Brukselę, bo szkoda było kasy na bilety i jak zostało się wyrzuconym przez kierowcę na środku autostrady, po czym spełniło się jedno z autostopowych marzeń i złapało wielkiego campera (tak zwany dom na kółkach). Fajnie jest siąść któregoś zimowego wieczoru, powspominać i powiedzieć sobie: to był dobry wyjazd... :)

Przychodzę więc dziś z dwoma filmami, których jeszcze tutaj nie publikowałam, a które stanowią najlepszą pamiątkę z fantastycznego wyjazdu, jakim była tegoroczna Majówka. Mogę oglądać te filmy bez przerwy, bo zawsze wywołują u mnie wielki uśmiech, dodają niesamowitej energii i sprawiają, że mam ochotę teraz, zaraz rzucić wszystko i gdzieś wyjechać :)

Zapraszam więc do obejrzenia dwóch krótkich relacji z naszej majowej wyprawy, w czasie której pokonaliśmy prawie 3000 km, zwiedziliśmy trzy europejskie miasta i w pięknym stylu wróciliśmy autostopem z Brukseli do Lublina w 23 godziny. Jest co wspominać!

Film mój:

 

Film Moniki:


Przypomniałam sobie przy okazji, że nie wstawiłam tu relacji z pobytu w Brukseli. Koniecznie muszę to nadrobić, bo to fantastyczne miasto!

A tymczasem kolejny wyjazd jest już w planach. Chcę go w tym momencie tak bardzo, że już odliczam dni. A zostało ich już nie tak wiele :) Z tego wyjazdu zapewne również powstanie film, bo stwierdzam, że takie nagrania biją na głowę wszystkie pamiątki.


Pozdrawiam,
Klaudia

26 maja 2014

26 maja 2014

Początkowo planowaliśmy zostać w Amsterdamie przez dwa dni, ponieważ jednak okazało się, że jeden dzień w zupełności wystarczył na zwiedzenie tego miasta, postanowiliśmy ruszyć dalej w trasę i pojechać wcześniej do Rotterdamu. Stopa łapaliśmy w Aalsmeer (i przy okazji zmokliśmy, stojąc tam przez godzinę na deszczu ;P), ale do celu dotarliśmy zaledwie dwiema podwózkami, więc poszło nam całkiem nieźle.

Kierowca zawiózł nas prosto pod wskazany adres, który był hostelem. Tak, nasza hostka z Couchsurfingu mieszkała w hostelu - pracowała tam w ramach wolontariatu. Ponieważ akurat była w pracy, zostawiliśmy u niej rzeczy i poszliśmy zwiedzać miasto. Na początku bardzo nam się podobało - nie było tam tylu rowerów, co w Amsterdamie, były normalne chodniki, mniej ludzi i dało się spokojnie chodzić.

Na początek wybraliśmy się na spacer po okolicy. Była dosyć osobliwa, co widać na poniższych zdjęciach:






Czuliśmy się tam właściwie bardziej jak w Azji, niż w Europie, gdyż byli tam praktycznie sami muzułmanie. Później okazało się, że w tym mieście są sami muzułmanie. Żadnych Europejczyków, przysięgam.

Ruszyliśmy w stronę centrum, po drodze oglądając coraz to ciekawsze miejsca i budynki:












Miasto zupełnie inne niż Amsterdam, o wiele bardziej nowoczesne, momentami dziwaczne, ale nawet nam się podobało. Trochę pozwiedzaliśmy, posiedzieliśmy w parku i wróciliśmy na nocleg około 22 i w tym momencie czar prysł.

Nasza hostka okazała się być mega niekontaktową osobą. Sprawiała wrażenie, jakby wcale nie chciało jej się z nami rozmawiać, nie miała czasu (a przynajmniej nie chciała go spędzić z nami) - nie wiem zupełnie, po co nas przyjmowała ani skąd wzięło się tyle pozytywnych opinii na jej profilu. Na dodatek spaliśmy w pokoju, który był niesamowicie brudny - wszędzie nieumyte naczynia sprzed co najmniej kilku dni, tony śmieci, papierów, walające się po podłodze skarpetki należące do anonimowego właściciela i inne niespodzianki. Nie wiem, jak można zaprosić kogokolwiek do takiego syfu. W pokoju były cztery kanapy, ale nam ich nie zaproponowała i musieliśmy spać na podłodze. Ponadto nasz pobyt tam był właściwie nielegalny (spaliśmy w końcu za darmo w hostelu), przez co dodatkowo się stresowaliśmy, że ktoś będzie nam robił problemy. Co tu dużo mówić, było po prostu okropnie i chcieliśmy uciec stamtąd jak najszybciej, ale niestety nasz host z Brukseli nie mógł nas przenocować noc wcześniej i musieliśmy zostać w Rotterdamie jeszcze jeden dzień.

Na drugi dzień właściwie nie było tam już za wiele do roboty - powłóczyliśmy się trochę, posiedzieliśmy w parku, na placu przed galerią, nic nie robiąc. W sumie to nawet dobrze, bo minione dni były bardzo intensywne i odpoczynek bardzo nam się przydał, ale miasto podobało nam się o wiele mniej i byliśmy zirytowani sytuacją związaną z naszym noclegiem. Właściwie to doszliśmy do wniosku, że ten Rotterdam jest mega dziwny i w zasadzie średnio przyjazny. Nie rozumiem zupełnie tego miasta, nie wiem zupełnie, o co tam chodzi. Jest takie, hmm... niezależne.





poziom artystyczny tej rzeźby jest bardzo typowy dla Rotterdamu

Po powrocie do hostelu nasza hostka rozmawiała sobie w najlepsze ze swoim współlokatorem, zupełnie nie przejmując się naszą obecnością. Bałagan miał się dobrze, jej ignorancja w stosunku do nas też. Postanowiliśmy, że się pakujemy i rano jak najszybciej stąd zbieramy - w zasadzie to nie chcieliśmy tam zostać ani minuty dłużej.

Podsumowując:
  • W Rotterdamie zaliczyłam pierwsze mega rozczarowanie Couchsurfingiem. Jak się okazuje, pozytywne opinie na czyimś profilu nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. Postanowiłam, że jeśli w przyszłości będzie coś nie tak, nie będę naciągać własnych, pisanych opinii, tylko opisywać wszystko tak, jak się sprawy miały. Na szczęście to pojedynczy przypadek i oczywiście do dalszego surfowania mnie nie zniechęcił :)
  • Rotterdam to dziwne miasto, bardzo dziwne. W dodatku dość małe i według mnie wystarczy jedno popołudnie, żeby je zwiedzić. Warto się tam wybrać choćby po to, żeby przejść się nad rzeką i zobaczyć nowoczesną panoramę, ale w gruncie rzeczy nie ma tam zbyt wiele do zwiedzenia.
  • Stwierdziliśmy, że Holandia absolutnie nie robi szału - podczas wyjazdu mieliśmy okazję zobaczyć jej różne oblicza i po prostu nie jest to państwo, które szczególnie przypadło nam do gustu.

Na drugi dzień o godzinie 7 już byliśmy w drodze na tramwaj, którym dostaliśmy się na wylotówkę w stronę Brukseli... Ale o tym później :)

17 maja 2014

17 maja 2014

Długo my ćwiczyły, w końcu wzięły gitarę i pojechały,
do sławetnego Amsterdamu! licząc na wielką sławę i równie wielki hajs.
Pograły minut ze trzydzieści pod równie sławetnym jak sam Amsterdam 
napisem "jestem Sterdam" i zarobiły euro 2,45.
Słownie: dwa euro i czterdzieści pięć centów (eurocentów).

(Dla niewtajemniczonych: to mniej, niż kosztowała tam butelka wody mineralnej :D)



Szczerze, to naprawdę nie poszło nam za dobrze. Właściwie to beznadziejnie :D Miałyśmy najlepsze miejsce, jakie tylko dało się znaleźć w całym mieście (za napisem "I amsterdam", w przejściu do Rijkmuseum) - mnóstwo ludzi, dookoła żadnych sklepów, restauracji ani nikogo, komu granie mogłoby przeszkadzać. Jeśli chodzi o przepisy, słyszałyśmy, że trzeba mieć pozwolenia, ale w praktyce Amsterdam to miasto, w którym możesz robić, co chcesz - nie sądzę więc, aby ktokolwiek chciał się czepiać ulicznych grajków (wielu też spotkałyśmy).

Miałyśmy wrażenie, że ludzie zupełnie nie zwracają uwagi na to, że ktoś tam sobie z boku stoi i śpiewa. W zeszłym roku w Budapeszcie poszło nam całkiem dobrze (fakt, że byliśmy większą ekipą), tutaj natomiast zarobiłyśmy dosłownie parę groszy. Naprawdę, spodziewałyśmy się lepszych efektów - w końcu w Amsterdamie tylu turystów, i w ogóle. Może właśnie dlatego rynek muzyki ulicznej jest zbyt przesycony i może trzeba zwyczajnie prezentować dużo wyższy poziom, żeby zwrócić uwagę przechodniów. No chyba, że jesteśmy tak beznadziejne, ale nasz ciągle pozytywny stosunek do życia nie pozwala nam w to wierzyć :D


Z hajsem co prawda nie wyszło, ale za to ze sławą nie tak najgorzej! ;) Podczas grania miałyśmy całkiem ciekawą przygodę - w pewnym momencie podszedł do nas człowiek z aparatem i zapytał czy może nam zrobić zdjęcia. Potem dał nam swoją wizytówkę i wyjaśnił, że jest fotografem i właśnie w Amsterdamie realizuje swój nowy projekt, który polega na zrobieniu zdjęć portretowych przypadkowym osobom na ulicy.

Nasze zdjęcia rzeczywiście zostały umieszczone na stronie projektu ;) Można je zobaczyć tutaj. Niestety, galeria związana ściśle z tym projektem jest już usunięta, ale moje zdjęcie się zachowało (nr 19, nie widzę Moniki, ale była tam jeszcze kilka dni temu). Podsumowując, nie zarobiłyśmy dużo, ale przynajmniej mamy fajną pamiątkę ;)

10 maja 2014

10 maja 2014

Na drugi dzień po przyjeździe do Holandii zaplanowaliśmy zwiedzanie Amsterdamu. Słyszeliśmy wiele o tym mieście (i co nieco już widzieliśmy poprzedniego dnia) i wiedzieliśmy o tym, że jest tam mnóstwo turystów. Oblężenie jest tam takie, że nie udało nam się nawet znaleźć hosta na Couchsurfingu - mieliśmy nocleg dzięki gościnności mieszkających w Aalsmeer Marysi i Darka - to dzięki nim mieliśmy gdzie się podziać ;) Bardzo dziękujemy i pozdrawiamy!

Aalsmeer to niewielkie miasteczko położone około 20 km od Amsterdamu. To między innymi tam mieliśmy okazję zobaczyć kawałek "prawdziwej" Holandii - ogromne hale z warzywami i kwiatami, wszechobecne kanały, a także piękna, typowa dla tego kraju zabudowa. Chociaż to naprawdę niewielka miejscowość, zdecydowanie warto było się w niej zatrzymać.


Z Aalsmeer do Amsterdamu chcieliśmy się dostać stopem, ale nam nie wyszło - kierowca, który się zatrzymał, zawiózł nas do połączonego z Amsterdamem miasteczka Amstelveen. Tam nie było już szans na złapanie czegoś dalej, więc i tak musieliśmy podjechać autobusem (tak, znowu za 5 euro). Jednak Amstelveen również warto było zobaczyć :)


W Amsterdamie wysiedliśmy pod napisem "I amsterdam" - cokolwiek to znaczy. Tłum ludzi robiących sobie pod nim zdjęcia był tak duży, że praktycznie nie było go widać. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego wszyscy robią sobie zdjęcia właśnie tam. Czy w Amsterdamie naprawdę nie ma niczego ciekawszego?

Przy okazji zastaliśmy przepiękne tulipany - część już przekwitała, ale i tak efekt był piękny.






Tuż obok znajdował się niewielki skwerek z kolejną porcją pięknych tulipanów :)










Amsterdam nie jest dużym miastem i w centrum nie trzeba jeździć autobusami, więc wybraliśmy się na pieszą wycieczkę po mieście. Początkowo bardzo nam się podobało - trzeba przyznać, że zabudowa oraz kanały robią spore wrażenie:











Jednak po dwóch godzinach bezcelowego chodzenia między kanałami nastąpiło wielkie rozczarowanie. Wiedziałam już, dlaczego turyści przyjeżdżający do Amsterdamu zawsze robią sobie zdjęcia pod słynnym napisem. Po prostu w Amsterdamie rzeczywiście nie ma do zobaczenia nic ciekawszego. No nic, po prostu nic! Kanały, kanały i jeszcze raz kanały. Ile można? Na dodatek mieliśmy jakąś beznadziejną mapę, w której nie było opisanej połowy ulic i nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Po tak popularnym mieście spodziewaliśmy się naprawdę czegoś specjalnego, a tymczasem okazało się, że jedynymi rzeczami, jakie przyciągają turystów, są rzeczywiście narkotyki i seks.

Jeśli chodzi o pierwsze, rzeczywiście coffee shopy są wszędzie, a różne przekąski typu ciasteczka z marihuaną są na wyciągnięcie ręki. Jeśli chodzi o drugie, to w przyulicznych sklepikach i na stoiskach jest mnóstwo pocztówek, o których nie mogę powiedzieć, że są z podtekstem, że są niesmaczne albo wulgarne. To jest po prostu pornografia, ale zdaje się, że nikogo to nie razi. Jeśli zaś chodzi o pary homoseksualne, można je spotkać na ulicy, ale jakoś szczególnie nie rzucają się w oczy, nikt się tym nie afiszuje.




Amsterdam to miasto, w którym wszystko jest pomieszane. Możesz tam robić, co tylko ci się podoba, na przykład jeździć samochodem po ścieżce rowerowej... pod prąd. Rowery są tam wszędzie, nie ma chodników - są tylko ścieżki. Idąc więc drogą dla rowerów, musisz uważać, by ktoś cię nie rozjechał. Nikt na ciebie nie zatrąbi ani nawet nie będzie próbował cię omijać - to ty masz uważać, żeby ktoś w ciebie nie wjechał, bo rowerzysta jest tu święty i on ma prawo sobie jechać kiedy i gdzie mu się podoba - także po normalnej ulicy i szczątkowych fragmentach chodnika. Nie ma tam policji ani nikogo, kto mógłby pilnować porządku, dać komuś mandat czy zwrócić uwagę. Taka tam Ukraina, tyle, że na Zachodzie. Chcesz się przejechać samochodem po drodze dla rowerów pod prąd? Proszę bardzo! Masz ochotę wjechać w pieszego idącego ścieżką rowerową (bo nie ma chodnika)? Jasne, przecież sam pcha ci się pod koła! Pod tym względem chodzenie po mieście jest niesamowicie męczące, bo ciągłe oglądanie się wokół i uciekanie przed pędzącymi rowerami i skuterami daje nieźle w kość. Poza tym miasto jest brudne i zaniedbane, na ulicach leżą śmieci i nikt nic z tym nie robi. Ścisłe centrum też nie jest za ciekawe:


"czy ten budynek jest ładny..?" nie! on po prostu jest w Amsterdamie :P

W Amsterdamie możesz też spotkać na przykład Matkę Bożą z Guadalupe na szyldzie knajpy z meksykańskim jedzeniem oraz znicze na stole zamiast świeczek (hmm, może to knajpa "Wszystkich Świętych"?). O kościołach przerabianych na restauracje i sklepy już nawet nie wspominam, to jest już standard.


Jednym z ciekawszych miejsc w Amsterdamie był Floral Market, czyli targ z kwiatami. Można tam było kupić zarówno kwiaty, jak i sadzonki, cebulki tulipanów, a także wszelkiego rodzaju pamiątki i ozdoby. Tak, tam było naprawdę bardzo przyjemnie. Plusa mogę też dodać za to, że Holendrzy są bardzo mili i pomocni - zarówno w kwestii autostopu, jak i chociażby wskazania drogi i tego typu sytuacji.







Podsumowując: jeśli nie jesteś ostatnim imprezowiczem, który chce się tylko napić i naćpać, nie jedź do Amsterdamu. Naprawdę nie będziesz miał tam co robić. Miasto spokojnie można obejść w parę godzin (jeśli nie wchodzi się do muzeów, galerii i tym podobnych - my nie wchodziliśmy), zdecydowanie nie ma sensu jechać tam na dłużej niż jeden dzień.

Amsterdam zaliczam niestety do rozczarowań - nie przypadł mi do gustu.