Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

14 października 2014

14 października 2014

O wyjeździe w Bieszczady jesienią marzyłam już od dawna i w tym roku powzięłam mocny zamiar, aby wreszcie urzeczywistnić swoje plany. Pisałam do wszystkich, pytałam, proponowałam, niestety - ani jedna osoba nie chciała ze mną jechać. Trudno, powiedziałam sobie, pojadę sama, bo nie ma przecież rezygnowania z byle powodu. Tak się jednak złożyło, że tuż przed wyjazdem zdecydował się Maciek, i tak oto pojechaliśmy! :)


Ja jechałam z Lublina, Maciek z Krakowa. O dojeździe w Bieszczady busami można zapomnieć, nic tam nie jeździ, a jak już jeździ, to cała sprawa trwa kilkanaście godzin z pięcioma przesiadkami. Autostop odpadał, bo ja nie jeżdżę stopem sama, a Maciek mógł ruszyć dopiero w piątek późnym popołudniem, a nie chciał zaczynać łapać tak późno. Poszukaliśmy więc alternatywnych rozwiązań i oboje znaleźliśmy transport przez BlaBlaCar do Ustrzyk Dolnych. Mega szczęście ;)

Do Ustrzyk Dolnych mieliśmy jednak dotrzeć dopiero po 20, a do Ustrzyk Górnych, docelowego miejsca, mieliśmy jeszcze ponad 40 km. Było trochę późno na łapanie stopa (choć pewnie dało by radę), więc trzeba było przenocować w Dolnych. Obdzwoniłam wszystkie schroniska, domy rekolekcyjne, ośrodki PTTK i tym podobne miejsca. Nie dodzwoniłam się nigdzie poza domem rekolekcyjnym, który, jak się okazało, w ogóle nie istniał :P Wytoczyłam więc ciężkie działa w postaci facebookowej grupy o nazwie "Jestem w dupie, weź mnie przekimaj". Po chwili odezwała się Emilia, która zapewniła nam nocleg u swojej (przemiłej!) mamy. Dziękujemy!


Rano pierwszy bus do Ustrzyk Górnych odjeżdżał o 8. Nie było opcji - o 8 to my chcieliśmy być już na szlaku :) Z samego rana stanęliśmy więc na drodze. Nie byliśmy pewni, czy łapiemy w dobrym kierunku, więc starym sprawdzonym sposobem postanowiliśmy zatrzymać kogokolwiek, żeby przynajmniej dowiedzieć się, czy dobrze stoimy.

Bieszczady to autostopowa bajka! Zatrzymało się trzecie auto i kierowca jechał w kierunku Ustrzyk :) Dowiedzieliśmy się przy okazji, że staliśmy na Sanok, a on jechał tamtędy przypadkiem, bo akurat wyjeżdżał z pobliskiego osiedla :D Zabrał nas do Stuposian, gdzie zatrzymał się nam pierwszy samochód i tak o 7:50 byliśmy już na miejscu. Prosto z samochodu poszliśmy do Domu Rekolekcyjnego, zostawiliśmy rzeczy i od razu pojechaliśmy do Wołosatego na szlak.


Wybraliśmy mój ulubiony szlak, czyli drogę przez Przełęcz Bukowską, Rozsypaniec i Halicz. Szłam tędy już trzeci raz i za każdym razem wszystko wygląda inaczej, ale zawsze tak samo pięknie :)







Naszym głównym celem było Bukowe Berdo. Nigdy wcześniej nie szłam tym szlakiem, a słyszałam, że są z niego najpiękniejsze widoki. I rzeczywiście są piękne, choć na mnie niezmiennie największe wrażenie robi Połonina Caryńska ;)

Na Bukowym w tym roku nie zakwitły jarzębiny - prawdopodobnie dlatego, że wiosną przemarzły ich kwiaty. Szkoda, ale wrażenia i tak były niesamowite. Widok czerwonego lasu to coś absolutnie genialnego ;)







Zeszliśmy do Mucznego, gdzie szliśmy drogą z mapą w ręku, przymierzając się do łapania stopa, po czym jakiś miły pan zaczepił nas i powiedział, że właśnie jedzie do Ustrzyk i że może nas podwieźć :D

Na miejscu kolacja i genialny grzaniec w ulubionym Eskulapie. W tle muzyka Ciszy, Domu o Zielonych Progach i tym podobne. Bieszczady pełną parą :) Nieziemski wieczór.


Myśląc o planach na następny dzień stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zobaczyć wschód słońca na Caryńskiej. Oznaczało to, że trzeba wyruszyć o 5 rano i iść dwie godziny po ciemku przez las. Niby klasyk i tysiąc ludzi to wcześniej robiło, ale nie byłam przekonana do tego pomysłu. Maciek jednak mnie namówił, nastawiliśmy budziki na 4:20, a o 5 stanęliśmy przy wejściu na szlak i ruszyliśmy w ciemny las.

Tu zaczyna się tragikomiczna część opowieści :D Idąc po ciemku po, przyświecając sobie jedynie małą latarką, człowiek jest wrażliwy na każdy dźwięk. Kiedy spaceruje się po lesie w dzień, nie zwraca się uwagi na np. odgłos spadających z drzew liści, które w nocy robią bardzo dużo hałasu i sprawiają wrażenie, jakby w zaroślach przechadzało się jakieś zwierzę. Niby nikt żadnych nie spotyka, ale w końcu w lesie mogą być wilki, niedźwiedzie...

Po pół godzinie wspinaczki w pewnym momencie wydało mi się jednak, że rzeczywiście słyszę odgłos większego poruszenia niż to powodowane przez liście.
- Maciek, coś tu łazi.
- Oj co ci łazi, nic nie łazi - zatrzymał się jednak i świeci latarką po krzakach.
- Mówię, że coś łazi, spieprzajmy.
- Oj nic nie łazi, chodźmy dalej.
Po chwili dyskusji podjęliśmy jednak decyzję o powrocie, zwłaszcza, że niebo zaczęło się już przejaśniać i prawdopodobnie i tak przegapilibyśmy wschód. Dopiero na dole Maciek przyznał się, że jak świecił latarką, zobaczył w krzakach oczy, od których odbijało się światło i tylko dlatego się zatrzymał i w końcu zgodził zawrócić xD Może nie było to jakieś wielkie zwierzę i za chwilę sobie poszło (pewnie przerażone widokiem dwójki ludzi z latarkami ;P), ale nie żałujemy. Wróciliśmy do Domu, napiliśmy się herbaty i wyruszyliśmy znowu o 7. Na wschód słońca przyjdzie jeszcze czas ;)











Z Caryńskiej zeszliśmy do Brzegów Górnych, gdzie znów zatrzymał się nam pierwszy przejeżdżający samochód i zabrał prosto do Ustrzyk ;) Tam od razu poszliśmy po rzeczy i przed wyruszeniem w drogę powrotną zjedliśmy jeszcze obiad u Eskulapa. Wcześniej wpisaliśmy się też do księgi gości w Domu:


Znalazłam też nasz wpis sprzed dwóch lat, z pierwszego wyjazdu w Bieszczady ;)


Maciek chciał wracać stopem, ja chciałam dostać się do Ustrzyk Dolnych, skąd znów miałam podwózkę z BlaBlaCar. Tak się jednak złożyło, że zatrzymali się nam przemili państwo, którzy zabrali mnie prosto z Ustrzyk do Lublina :) 

Wyjazd jak najbardziej udany, pozytywny i odkrywczy. Spełniłam wreszcie swoje marzenie i odwiedziłam Bieszczady w czerwonym październiku. To miejsce ma w sobie coś niesamowitego. To nie góry, na które wchodzi się raz i odhacza z listy - to góry, po których chodzenie nigdy się nie nudzi, nie męczy i nigdy nie ma się go dosyć. Byłam tam już wiosną, latem oraz jesienią, przede mną więc kolejne wyzwanie - zima ;)

24 sierpnia 2013

24 sierpnia 2013

Miało być na bieżąco, ale się nie udało, więc z lekkim opóźnieniem - relacja z ulicznego muzykowania w naszym rodzinnym mieście.


Generalnie lubelscy uliczni muzycy kojarzą mi się na ogół z artystami w stylu "nie mam na browara, więc biorę gitarę i idę pośpiewać "Whiskey" w bramie". Naprawdę, rzadko zdarza się tu usłyszeć inny utwór, kiedy przechodzi się Starym Miastem. Jeśli widzisz gdzieś ulicznego grajka, możesz być na 99% pewny, że utwór, który właśnie prezentuje, to stara, dobra "Whiskey", która służy ulicy już chyba od pokoleń. Może i wyświechtana, ale nic tak jak ona nie porusza serc przechodniów - czasem aż ma się ochotę wrzucić coś temu grajkowi, żeby wreszcie przestał. Inny dość osobliwy widok to sześcioosobowa grupa, w której jedna osoba gra, a pozostałe pięć chodzi z kapeluszami...

Niestety, w Lublinie ciężko doświadczyć przyjemnej dla ucha ulicznej muzyki. Owszem, kilka razy zdarzyło mi się, że czyjś występ robił wrażenie i rzeczywiście wrzucałam wtedy parę drobnych. Na ogół jednak lubelscy uliczni grajkowie są kojarzeni z uciążliwym brzdąkaniem, które nijak nie przyczynia się do tworzenia klimatu miasta. Na muzyków patrzy się tu więc raczej z przymrużeniem oka, mało kto traktuje poważnie ten sposób zarabiania i prezentowania się. Nic więc dziwnego, że obawialiśmy się wyjścia na ulicę. Być może nigdy nie zdobylibyśmy się na to, gdyby nie ogromne rozczarowanie Kazimierzem Dolnym, po którym jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się zagrać w naszym mieście.

Przepisy: Aby grać na ulicy w Lublinie, nie potrzeba żadnego specjalnego pozwolenia. Generalnie można grać bez żadnych przeszkód, dopóki ktoś nie zgłosi naruszania spokoju.

Pomyśleliśmy sobie: żaden problem, przecież nie będziemy się wydzierać, zakłócać ciszy nocnej, brzmimy chyba też nie najgorzej, więc nie powinno być problemu. Niestety, rzeczywistość brutalnie nas zaskoczyła i jednocześnie zasmuciła.


Graliśmy w czteroosobowym składzie: gitara, wokal, kahon i grzechotka. Ustawiliśmy się około godziny 19:30 i najpierw graliśmy przy kolumnach ratusza (widoczny na zdjęciu). Zaczęliśmy całkiem nieźle, bo pierwsze, co zarobiliśmy, to 5 euro wrzucone lekką ręką przez jakiegoś pana. Na pewno Polak ;)

To miejsce nie było najlepsze, gdyż znajdowało się blisko uczęszczanej ulicy, zagłuszały nas samochody, więc po kilkunastu minutach je zmieniliśmy i stanęliśmy w ukochanej przez grajków Bramie Krakowskiej. Był to najlepszy moment tamtego wieczoru. Dzięki akustyce Bramy wszystko brzmiało pięknie, przechodziło tamtędy mnóstwo ludzi i w zasadzie co chwila ktoś nam coś wrzucał, raczej niewielkie sumy, ale datków było całkiem sporo. Rozkręciliśmy się na dobre, było fajnie. 

Sielanka zakończyła się po kilkunastu minutach, kiedy na horyzoncie pojawiła się, tak, uwaga, straż miejska. Panowie podeszli do nas i powiedzieli, że ktoś zgłosił, że w Bramie jest za głośno. Nie wierzę, no po prostu nie wierzę! Za granie nie dają mandatów, więc po prostu nas spisali i powiedzieli, żebyśmy zmienili miejsce, bo w Bramie za bardzo się niesie i że to przeszkadza mieszkańcom. Dowiedzieliśmy się przy okazji, jak wygląda dzień z życia strażnika miejskiego:
- A ile razy można być spisanym?
- Wiele razy, generalnie to nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji...
- No to po co spisywać?
- Właściwie to nie wiemy, ale i tak spisujemy, żeby nie było, że nic nie robimy... :P

Strażnicy trafili się bardzo fajni, więc postaliśmy chwilę, pogadaliśmy, pożartowaliśmy i poszliśmy sobie w inne miejsce. Tym razem ustawiliśmy się na deptaku niedaleko banku. Zarobki w tym miejscu nie były zbyt dobre, ale od czasu do czasu jeszcze ktoś coś wrzucał. Ktoś nawet zrobił sobie z nami zdjęcie, taką byliśmy atrakcją turystyczną :D 

Było ok, dopóki nie podeszła do nas jakaś pani, która powiedziała, że w kamienicy obok mieszka ktoś chory, a ona nie chce zamykać mu okien i generalnie mamy się zabrać. Przenieśliśmy się kawałek dalej i sytuacja się powtórzyła: po paru minutach podszedł do nas pan i powiedział, że on tu mieszka i jak nie skończymy grać do 22, to zadzwoni po straż. Zaznaczam, że było przed 21:30 i zdecydowanie nie zamierzaliśmy grać po ciszy nocnej... Pograliśmy jeszcze chwilę, ale nikt już nic nie wrzucał, gryzły komary, więc stwierdziliśmy, że na dzisiaj koniec.

Po podliczeniu wszystkiego okazało się, że przez 2h, włączając w to wszystkie utrudnienia, zarobiliśmy około 50zł (a właściwie 21zł i 6,90 euro). Biorąc pod uwagę to, że w Budapeszcie w podobnym czasie uzbieraliśmy 80zł, uważamy to za niezły wynik. Najlepszym miejscem, mimo wszystko, była Brama Krakowska, bo tam zarobiliśmy najwięcej. Jeśli chodzi o repertuar, to największe wzięcie miały oczywiście utwory komercyjne (nie polecamy grać ludowszczyzny w Polsce :P).

Podsumowując: 
Przy odrobinie szczęścia da się w Lublinie trochę zarobić, jednak atmosfera może nie być zbyt sprzyjająca. Tak jak wspominałam na początku, ludzie nie są zbyt życzliwie nastawieni do ulicznych muzyków, traktują ich jak intruzów, wszystko im przeszkadza. Szanuję to, że ktoś potrzebuje ciszy, o którą jest trudno, kiedy mieszka się w centrum miasta. Stwierdzam po prostu fakt, że Lublin, chociaż go uwielbiam, nie jest jednak najlepszym miejscem na street.


Może kiedyś jeszcze spróbujemy grać w Lublinie... ale na razie nam wystarczy.

22 sierpnia 2013

22 sierpnia 2013

Dzień 17 sierpnia 2013 był dniem, w którym znienawidziłam jazdę pociągami, zwłaszcza nocnymi. Cena co prawda niska, jednak pojęcie takie jak "komfort jazdy" w tym przypadku nijak nie funkcjonuje. Zapchany przedział, ludzie nieprzejmujący się zupełnie obecnością innych - jedzą sobie, rozmawiają, co chwila wychodzą na korytarz, generalnie źle. W dodatku jechaliśmy w dwóch różnych przedziałach i w każdym było równie osobliwie. Całą noc nie zmrużyłam oka.

Żałuję, że nie mogliśmy pojechać stopem z powodu braku czasu - w sobotę po południu chcieliśmy być już w Gdańsku. Ale, nie ma tego złego... po 9-ciu strasznych godzinach wreszcie wysiedliśmy i od progu (a raczej: peronu) przywitał nas krzyk mew i niesamowicie rześkie powietrze, wskazujące na bliską obecność morza. Nie byłam nad Bałtykiem od prawie dziesięciu lat i nawet za nim zatęskniłam :) 

O godzinie 7 rano, po krótkim odpoczynku, zakupieniu mapy i biletów wpakowaliśmy się do tramwaju i pojechaliśmy prosto na Stogi. Genialnie było wysiąść z tramwaju prosto na plaży :)


Kwaterę mieliśmy dopiero od godziny 14-stej, więc do tego spędzaliśmy czas na plaży, zjedliśmy śniadanie i trochę odespaliśmy podróż. W międzyczasie dojechała do nas Kazia, która jechała nocnym busem z Kielc. Już we trójkę zebraliśmy się z plaży i pojechaliśmy do wynajętego wcześniej mieszkania, które okazało się być małą kawalerką z dwiema 2-osobowymi kanapami - nie do wiary, że zmieściło się tam 6 osób, ale rzeczywiście się udało ;) Lepsze to niż kemping - mieliśmy łóżka, dach nad głową, mogliśmy ugotować sobie obiad, a w dodatku wyszło nas to śmiesznie tanio.

Wieczorem, już w komplecie po przyjeździe Agaty, Patrycji i Tadeusza, wybraliśmy się na koncert Bobby'ego McFerrina, który odbywał się w ramach festiwalu Solidarity of Art. W zasadzie po to tam przyjechaliśmy. Osobiście nie jestem entuzjastą takiej muzyki i choć uważam, że Bobby jest świetny, w połowie miałam już dość. Ale towarzyszący mi miłośnicy jazzu twierdzą, że koncert był super, więc pewnie był ;)



Na drugi dzień część, która interesowała mnie najbardziej - zwiedzanie Gdańska ;) Nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, które absolutnie mnie zachwyciło. Jego architektura przywodziła mi na myśl skandynawskie miasteczka, których byłam tak bardzo spragniona w tym roku. Nie wiedziałam, że w Polsce też mamy takie cuda :P 




Ponieważ już o 9 rano musieliśmy zwolnić mieszkanie, zostawiliśmy bagaże w depozycie na dworcu i wybraliśmy się na spacer po starówce. Pogoda nam dopisała, a na ulicach były tłumy z racji festiwalu oraz trwającego Jarmarku św. Dominika. Byliśmy na Mszy w XII wiecznym kościele św. Katarzyny, który zrobił na nas ogromne wrażenie... Poniżej uliczki w centrum Gdańska.








 

Na następną kwaterę mogliśmy pojechać dopiero o godzinie 19 (niestety, w ostatniej chwili nie udało się wynająć niczego na dwie noce). Tak się złożyło, że zostało nas tylko troje, a mieszkanie okazało się być ogromne - jeden duży, a drugi gigantyczny wręcz pokój, więc po nocy spędzonej w przeludnionej kawalerce doświadczaliśmy szoku z powodu nadmiaru wolnej przestrzeni :P

Po dwóch prawie nieprzespanych nocach (pociąg i koncert) marzyliśmy tylko o tym, by pójść do łóżka, ale jakoś się zwlekliśmy i wieczorem pojechaliśmy na Westerplatte, dzierżąc w dłoniach mapę i dzielnie pokonując miasto zatłoczonym i jadącym w żółwim tempie tramwajem. Po dotarciu do Nowego Portu okazało się jednak, że nie ma tam mostu i nie możemy się nijak dostać pod pomnik. Brawa dla nas :) Postaliśmy więc, popatrzyliśmy na morze i wróciliśmy plażą na kwaterę.

Na drugi dzień opuściliśmy mieszkanie o 11 (wreszcie się wyspaliśmy ;)) i cały dzień spędziliśmy z bagażami na oddalonej o 800m plaży w oczekiwaniu na pociąg powrotny. Generalnie relaks :)


Wieczorem o 21 ostatni nocny spacer plażą, przekąska i oczekiwanie na pociąg, opóźniony zresztą. Powrót do domu bez większych przygód. Wejść do pociągu prosto z plaży i wrócić do Lublina w stroju kąpielowym i klapkach - bezcenne :)

Co podobało mi się w Gdańsku? Wysiadanie z tramwaju prosto na plaży, która znajdowała się tuż przy miejskim osiedlu, "skandynawska" architektura i fantastyczni uliczni muzycy,
Co mi się nie podobało? Komunikacja miejska (wycieczka tramwajem gdziekolwiek - kilkadziesiąt minut) i wyjątkowo niemili ludzie w kolejkach i sklepach. Jeśli chodzi o życzliwość i uprzejmość doświadczaną ze strony mieszkańców, nadal bezkonkurencyjne są u mnie okolice Kielc i Częstochowy ;)


Trasa, jaką zrobiliśmy w czasie całej podróży:


21 sierpnia 2013

21 sierpnia 2013

Poniedziałek, godzina 23:00, pisze do mnie Adam:

A: Cześć, mam taki szalony pomysł, może wyjedziemy jutro do Częstochowy, przenocujemy u Oli w Kielcach, a potem w środę dalej do Częstochowy i w piątek z Częstochowy do Gdańska?
Ja: Jutro? Nie ma opcji, nie mam nawet plecaka, niezrobione pranie, nie da rady. No, ale w środę... ;)

Pół dnia na ogarnięcie, pożyczenie bądź też zakupienie potrzebnych rzeczy i w środę rano staliśmy już po raz kolejny na wylotówce na Kraśnickich.


Stopem najfajniej jedzie się po raz pierwszy, jednak podróż wciąż pozostaje ekscytująca, po raz kolejny poznaliśmy świetnych, życzliwych i pomocnych ludzi. Dojazd do Częstochowy zajął nam aż 9 godzin (z dwugodzinnym zastojem w nieszczęsnym Ożarowie i zmianą trasy z Opatowa na Ostrowiec Świętokrzyski), jechaliśmy aż 9-ma autami, dojechaliśmy bardzo zmęczeni, ale było fajnie ;)

O 18 byliśmy na miejscu, ogarnęliśmy nocleg u sióstr Honoratek (pole namiotowe + prysznic) i spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy właśnie dotarli tam z pieszą pielgrzymką ("my też na pielgrzymce, tylko autostopowej!"), między innymi z Moniką, której zupełnie zapomnieliśmy powiedzieć o naszym przyjeździe... ("jak to, jesteście w Częstochowie?! a jak to się stało, że jesteście w Częstochowie?! :P). Wieczorem poszliśmy na Apel wraz z całą rzeszą innych pielgrzymów i zjedliśmy upragnioną kolację ("poproszę kotleta... ze wszystkim!" :D), a na drugi dzień byliśmy na uroczystej Mszy z okazji Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.


Częstochowa okazała się być cudownym miastem, gdzie wszystko dosłownie spadało nam z nieba. Można tam pojechać niemalże zupełnie bez pieniędzy, a zawsze znajdzie się ktoś, kto człowieka nakarmi i da mu dach nad głową. Jechaliśmy w ciemno, nie wiedząc w zasadzie, gdzie się podziejemy i gdzie danej nocy będziemy spali, a bez problemu otrzymaliśmy nie tylko możliwość noclegu, ale także posiłek. Doświadczyliśmy tam ogromu prostej, ludzkiej życzliwości i gościnności. Z tego miejsca serdecznie dziękujemy rodzicom Marty za wspaniały obiad, którym nas poczęstowali, ojcom Paulistom za zapewnienie nam dachu nad głową, miękkich, ciepłych łózek, własnej łazienki i pełnego wyżywienia (!) podczas drugiego dnia naszej podróży oraz siostrom Honoratkom. Za noclegi nikt nie oczekiwał pieniędzy, płaciliśmy na zasadzie dobrowolnej ofiary według własnego uznania, którą aż przyjemnie było zostawić.


Święto - świętem, Jasna Góra - Jasną Górą, jednak nie przyjechałam do Częstochowy tylko po to, by wziąć udział w uroczystościach z okazji 15 sierpnia oraz zwiedzić klasztor. Główny cel mojej wyprawy był bardzo jasno sprecyzowany, a sama wycieczka wymarzona i zaplanowana już lata temu. Przyjechałam do Częstochowy, bo jest to rodzinne miasto Haliny Poświatowskiej, która jest moją absolutnie ulubioną poetką od blisko dziesięciu lat, a odwiedzenie miejsca jej pochówku oraz życia było moim wielkim marzeniem. Tak, w Częstochowie jest coś do zwiedzenia oprócz Jasnej Góry i tak, pojechałam tam specjalnie po to, by pójść do muzeum i na cmentarz ;)

Swoją pielgrzymkę rozpoczęłam od miejsca urodzenia Poświatowskiej, czyli od domu nr 17 przy ulicy 7 Kamienic, gdzie znajduje się poświęcona jej tablica pamiątkowa.


Był już wieczór i muzeum przy Jasnogórskiej było już zamknięte, więc kolejnym punktem był cmentarz Św. Rocha, gdzie znajduje się miejsce pochówku poetki. Dzięki wskazówkom zamieszczonym na koniczynce bez problemu je odnalazłam. Zupełnie nie przypominał grobu osoby znanej, nie wyróżniał się niczym spośród innych, stały na nim zaledwie trzy znicze (zapalone). Żałuję, że nie zostawiłam swojego, ale wieczorem, w święto, nie mogłam nigdzie kupić*...


Na drugi dzień, z samego rana, pojechałam prosto na Jasnogórską 23, do domu rodzinnego Poświatowskiej. Aktualnie w tym miejscu znajduje się poświęcone jej muzeum, gdzie można obejrzeć wiersze pisane jej ręką, dokumenty, listy, obrazy jej męża, przedmioty codziennego użytku, rodzinne fotografie i wydania jej tomików, a także usłyszeć archiwalne nagranie jej głosu podczas czytania jednego z wierszy.

Kiedy szliśmy sobie z Adamem ścieżką w stronę domu, minął nas na rowerze nikt inny, jak pan Zbigniew Myga, brat Haliny ("Państwo do muzeum? Proszę chwilę poczekać w ogrodzie, właśnie jadę po klucze" ;)). Byliśmy tego dnia pierwszymi zwiedzającymi. Pan Zbigniew był przemiły, pokazywał nam eksponaty i opowiadał o nich, dzielił się osobistymi wspomnieniami oraz opowiadał nam o swoim wyjeździe do Lublina. Bardzo się cieszę, że mogłam go poznać, dzięki niemu wizyta w muzeum stała się jeszcze bardziej wyjątkowa.

Nie będę nawet próbować opisywać wrażenia, jakie zrobiło na mnie to miejsce, bo chyba bym nie podołała ;)

nowy egzemplarz "Opowieści dla przyjaciela" :)

Po wizycie w muzeum ogłosiłam, że "mission completed" i przyszedł czas na ogarnięcie biletów na pociąg, których cena dosłownie powaliła nas na kolana ("tylko 32zł? do Gdańska? jest pani pewna?!" :P) i relaks w częstochowskim parku :)
Wieczorem odjazd o 22:48, a wcześniej pyszna herbata w miłym miejscu i towarzystwie, potem jazda w niemiłym pociągu i 9 godzin później podziwialiśmy już Bałtyk w całej okazałości i wylegiwaliśmy się na szerokiej, piaszczystej plaży...
Ale o tym później :)

* będzie okazja, aby jeszcze raz przyjechać do Częstochowy :)