Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

23 października 2013

23 października 2013

Do Florencji przyjeżdżamy tuż po zwiedzaniu Pizy. Wielokrotnie słyszałam o tym mieście, że jest przepiękne, i wreszcie miałam okazję, aby się przekonać, że rzeczywiście takie jest. Jak zwykle było za mało czasu, by zwiedzić je dokładnie, więc w przyszłości chętnie odwiedziłabym je ponownie. Udało mi się jednak choć trochę poznać specyfikę tego miasta (a w zasadzie: starego miasta) i przekonać się, jaka ta Florencja jest.





Co mnie najbardziej urzekło? Chyba to, że całe miasto jest zachowane w jednej, spójnej kolorystycznie konwencji: wszystkie budynki są pomalowane na różne odcienie żółci, złota lub pomarańczy, mniej lub bardziej intensywnej. To wszystko daje niesamowite wrażenie, nigdy wcześniej nie byłam w takim mieście.





Po blisko dwóch godzinach zwiedzania z przewodniczką (miałam już dosyć - sama zobaczyłabym o wiele więcej w tym czasie) trzeba było rozejrzeć się za czymś do jedzenia, bo od śniadania właściwie nic nie jadłyśmy. Kiedy czekałyśmy na zamówioną pizzę, zaczęło padać. Florencja jednak nawet w deszczu była piękna i robiła ogromne wrażenie.




Jednym słowem: pobyt w tym miejscu był jak zwykle za krótki i chętnie wróciłabym jeszcze do Florencji. Zdecydowanie polecam :)

15 października 2013

15 października 2013

Zwiedzanie Rzymu należało, niestety, do moich najgorszych podróżniczych doświadczeń. :( Samo miasto jest oczywiście przepiękne i zachwycające, jednak usiłowanie zwiedzenia go w deszczu, będąc kompletnie przeziębionym i biegając w strumieniach wody z chusteczką przy nosie to zdecydowanie nie jest rzecz warta polecenia. Ale, po kolei :)


Do Rzymu przyjeżdżamy po siedmiu godzinach spędzonych w autokarze. Wysiadamy na rewelacyjnym campingu znajdującego się pośród, dosłownie, tropikalnego lasu, ze wszystkimi wygodami i pełnym wyposażeniem. Jest bardzo ciepło, zdecydowanie cieplej niż na północy Włoch. Zadowoleni, wsiadamy w podmiejski pociąg i udajemy się około 12 km dalej do centrum Rzymu, wysiadamy i widzimy przed sobą Bazylikę św. Piotra. Żyć, nie umierać!

Jak to bywa na wycieczkach, oczywiście nie mamy czasu. Robimy brzydkie zdjęcia z myślą, że "jutro tu jeszcze wrócimy i zrobimy lepsze". Rada na przyszłość: takie myślenie to najgorszy błąd. Jutro to będzie futro i się nie wróci. Jak robić zdjęcie, to tylko teraz.



Plac zaskoczył mnie swoimi rozmiarami, w rzeczywistości jest ze cztery razy mniejszy niż wydaje się w telewizji. Po spędzeniu na nim około trzydziestu sekund biegniemy sobie dalej po Rzymie, nie bardzo nawet wiem, co zwiedzam. Jest jednak ciągle ciepło i ładnie, humor więc jak najbardziej dopisuje.


Docieramy na Plac Wenecki, jemy lasagne, robimy słabe, nocne zdjęcia ("jutro wrócimy i zrobimy lepsze") i kierujemy się w stronę stacji kolejowej. Pogoda jest cudowna, jest gorąco, nawet wieczorem, chętnie zostałybyśmy dłużej, ale ostatni pociąg odjeżdża o 21:30 i nawet nie ma takiej opcji.


Ledwo zdążając na ostatni pociąg, wracamy na camping i spędzamy noc w drewnianych i wychłodzonych jak lodówka domkach. Co z tego, że były w nich koce i grzejniki, i tak się przeziębiam. Rano wstaję z okropnym katarem i bólem gardła, mimo to zaciskam zęby i postanawiam znowu jechać do Rzymu, w końcu szkoda nic nie zwiedzić, skoro już tu jestem. Idziemy na pociąg, po około pół godzinie wysiadamy i zastaje nas... ściana wody.

Leje niemiłosiernie, bez żadnej przerwy przez kilka godzin, kiedy próbujemy coś zwiedzić. Idziemy skulone pod parasolkami, patrząc cały czas pod nogi, żeby nie wejść w jakąś większą kałużę. Szybko orientujemy się, że ze zwiedzania nici i rozglądamy się za jakąś knajpą, bo jesteśmy już całe mokre; ja dodatkowo czuję się strasznie, bo jestem osłabiona i mam katar. Leje tak strasznie, że nie da się wyjąć aparatu, nawet nie mam na to siły, więc tego dnia nie robię ani jednego zdjęcia, co w moim przypadku jest nie do pomyślenia. Siedzimy zrezygnowane w knajpie, a w telewizji leci na żywo transmisja z Placu św. Piotra, gdzie papież Franciszek odprawia Mszę. Jesteśmy niecałe dwa kilometry dalej i nie możemy się tam dostać...

Kiedy trochę odpoczęłyśmy i się osuszyłyśmy (pada nadal), upieram się, że skoro przyjechałam tu chora taki kawał drogi i tyle się namęczyłam, to chcę przynajmniej zobaczyć coś więcej niż wczoraj i ciągnę dziewczyny pod Fontannę Di Trevi. Jest przepiękna, nawet słońce na chwilę wychodzi i wpadam na głupi (zważając na mój stan) pomysł, żeby zrobić sobie pod nią zdjęcie.

także tego... :P

Potem jest mi już wszystko jedno, chcę tylko dotrzeć wreszcie do autokaru, przebrać się w coś suchego i wziąć jakieś leki. Oli udało się jeszcze zrobić ładne zdjęcie w Watykanie, ja nie miałam już siły:


W strugach deszczu ładujemy się do autokaru, szybko się przebieram, otulam kocem, biorę na raz wszystkie leki, jakie ze sobą wzięłam, dostaję nawet herbatę od kierowcy i jakiś czas później zasypiam. Błogosławiony moment.

Żałuję bardzo, że to wszystko wyglądało tak, jak wyglądało, ale cieszę się, że miałam szansę zobaczyć choć kawałek Wiecznego Miasta. Podsumowując: choć zwiedzanie Rzymu było totalną katastrofą, jest to fantastyczne miasto, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W moim przypadku trafia ono do szuflady "do poprawki". Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się tam pojechać i zwiedzić go dokładniej, przy lepszej pogodzie, bo z całą pewnością jest tego warty.

6 października 2013

6 października 2013

Moja tegoroczna wizyta w Wenecji nie była moim pierwszym razem w tym mieście. Odwiedziłam je już kiedyś, dokładnie siedem lat temu i przyznam, że nie zrobiło na mnie wówczas wielkiego wrażenia. Zupełnie nie wiem czemu. W tym roku pojechałam tam drugi raz, w miejsca zupełnie mi znajome, a jednak wrażenia były zupełnie odmienne - totalnie się zakochałam!

Nie wiem, z czego to wynikało, ale nie da się ukryć faktu, że to miejsce jest absolutnie wyjątkowe ;) Naprawdę, nie ma drugiego takiego miasta. Kanały, gondole i wszechobecne maski tworzą niesamowite wrażenie, którego nie można doświadczyć nigdzie indziej.









Poza blisko trzystoma zdjęciami przywiozłam z Wenecji inną niesamowitą pamiątkę, którą chętnie bym Wam pokazała, jednak blogger odmawia mi posłuszeństwa w tym zakresie... W każdym razie, to był naprawdę wspaniały dzień, a Wenecja nieoczekiwanie dołączyła do grona moich ulubionych miejsc, do których zawsze będę chciała wracać. ;)

23 września 2013

23 września 2013

Porządna wycieczka do Włoch po prostu nie mogłaby nie zawierać w swoim programie wyjazdu do Pizy. Miasto to jest znane każdemu, przynajmniej z nazwy, a wielu ludzi naprawdę fascynuje to, co można tam zwiedzić. W końcu, kto nie chciałby zobaczyć na własne oczy tej sławetnej Krzywej Wieży, miejsca wielkiego eksperymentu Galileusza, ba, zobaczyć w ogóle, jak to możliwe, że tak niefortunnie ustawiona konstrukcja w ogóle stoi?

Jedziemy więc do Pizy, wyjeżdżamy z samego rana i przez kolejne pięć godzin pokonujemy góry, lasy, rzeki, korki na autostradzie i inne napotkane po drodze przeszkody żądni zobaczenia Pizy. Nikt i nic nie mogło nas powstrzymać. Dojeżdżamy wreszcie na miejsce i biegniemy, już z oddali wypatrując sławetnej wieży.

 
W końcu: jest! Podążamy zdecydowanym krokiem w jej kierunku, dzierżąc w dłoniach aparaty i przeciskając się w tłumie wśród błysków fleszy, niczym na gali rozdania Oscarów. Dobiegamy do Wieży, robimy to jedno, jedyne zdjęcie...


I na tym koniec. Okazuje się bowiem, że w Pizie oprócz Wieży nie ma do zobaczenia nic więcej, a przynajmniej nas w takie miejsca nie zabrano. Spędzamy godzinkę na tym jednym, jedynym placu obserwując, jak setki rozemocjonowanych turystów strzela sobie oryginalne fotki w stylu "popcham-Wieżę-żeby-się-nie-przewróciła". Naprawdę, robią to tam wszyscy.
 
 

W samej zaś Wieży zasadniczo nie ma nic ciekawego... oczywiście poza tym, że jest krzywa. Warto wspomnieć, że można na nią wejść, a taka przyjemność kosztuje 18 euro. Wracamy do autokaru z podkulonymi ogonami. Fot "popchaj-wieży" nie mamy.

Jednym słowem - zabawnie, kiczowato i "bez szału", ale było się i widziało ;)

17 września 2013

17 września 2013

Florencja
Uff... wróciłam. Gdy po dwóch nocach spędzonych w autokarze podczas trzydniowej tułaczki, przeżyciu gigantycznej ulewy w Rzymie i dwóch dniach chorowania weszłam do domu, nie poznał mnie własny kot. Ostatnie dni były ciężkie, ale cały tydzień spędzony we Włoszech był niesamowity. Po wielu godzinach jazdy wreszcie wzięłam prysznic, rozczesałam naturalnego dreda, który powstał ze wszystkich moich włosów zmaltretowanych podróżą, przebrałam się, zjadłam porządny obiad, obejrzałam zdjęcia, załatwiłam zaległe sprawy i wreszcie siadłam, aby coś tu napisać ;)

Przede wszystkim nazwiedzałam się za wszystkie czasy, zobaczyłam praktycznie wszystkie najważniejsze miejsca na północy Włoch, od Rzymu po Wenecję, a także Wiedeń, do którego od dawna chciałam się wybrać. Co prawda nie do końca odpowiada mi forma kilkugodzinnego zwiedzania z przewodnikiem (zdecydowanie wolę robić to na własną rękę), jednak samej nigdy nie udałoby mi się tyle zobaczyć w tak krótkim czasie, stąd też nie narzekam. Trzeba przyznać, że biuro, z którego jechałam (StudenckieWyjazdy.pl) było świetnie zorganizowane: zero problemów i komplikacji, całkiem fajna atmosfera, a poza tym mieliśmy zapewnione przewodniki i mapy każdego miasta, które odwiedzaliśmy, dzięki czemu mogliśmy co nieco zobaczyć sami, plus wygodny, piętrowy autokar (i miejsca na górze przy przedniej szybie ;)). Nie wiem, czy kiedyś jeszcze zdecyduję się na studencki wyjazd, bo mimo wszystko nadal wolę zwiedzać na własną rękę, ale biuro mogę polecić :)

Wenecja
Jeśli zaś chodzi o same Włochy, to są zachwycające miejscami, jednak biorąc pod uwagę całokształt nie urzekły mnie jakoś szczególnie. Do pięknych miejsc należały przede wszystkim Florencja, Wenecja oraz Rzym, jednak większość tego, co pomiędzy, to pola i małe wioski niewiele odbiegające od polskich (nie to, żeby polskie wioski nie były piękne - po prostu nie doświadczyłam żadnych nadzwyczajnych krajobrazów). Sami Włosi są też bardzo trudni w obsłudze - praktycznie nikt nie mówi po angielsku, za to, o ironio, niektórzy rozumieją polski, nie mam pojęcia jak i dlaczego. Zdumiewającym faktem jest również obecność sklepów monopolowych (tak, tych oryginalnych, all rights reserved to polskie osiedla), ale o tym potem :) Miejscowość, w której mieszkałam, Lido Adriano, była doprawdy nieszczególna: Lidl (istne wybawienie dla Polaka za granicą), trzy lodziarnie na krzyż, a w dodatku mieszkało tam więcej czarnoskórych niż Włochów. Zasadniczo nie było tam co robić, ale ze względu na dużą ilość wycieczek zupełnie mi to nie przeszkadzało ;)

Muszę się jeszcze ogarnąć, poprzerabiać zdjęcia, zmontować filmy (a trochę ich będzie ;)) i mam nadzieję, że w ciągu najbliższych dni pojawią się tu bardziej szczegółowe relacje z poszczególnych dni i miejsc ;)

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć więcej zdjęć z wyjazdu zapraszam tutaj:
http://photoblog.pl/esregnet